Processed with VSCO with f2 preset

Tatry październikowo-listopadowe

W moim dzisiejszym wyobrażeniu i odczuciu, październik był już bardzo dawno temu. Pamiętam jednak dość wyraźnie, że mocno mną poszargał i pozamiatał. W połowie miesiąca głowa ciążyła z niewyspania i stresu, wzięłam na siebie o kilka zobowiązań za dużo i próbując zachować jako taki, że tak to modnie ujmę, łork-lajf balans (i jeszcze sport, siłą woli i wrodzonym uporem wlokłam się na siłownię, ściankę i basen), trochę zapomniałam, jak się nazywam. Kiedy okazało się, że zmieniając pracę muszę wykorzystać zachomikowane wolne, długo się nie zastanawiałam. Pierwsza myśl była oczywista – Tatry. Sprawdzana nerwowo pogoda – pomyślna. Jeszcze tylko Piotrek musiał załatwić sobie wolne, co przyszło w miarę łatwo (szczęściarz ma świetnego szefa), szybki telefon do schroniska, rezerwacja biletów na pociąg i… tak, jedziemy!

Dopóki nie zobaczyłam Giewontu na horyzoncie, czułam lekkie niedowierzanie – no bo jak to, niewiele ponad miesiąc wcześniej byliśmy w Tatrach z perspektywą kolejnej wizyty za ho-ho-ho, a tu proszę… Także tego.

Tym razem nie kombinowaliśmy z przesiadką w Krakowie, bo i po co, skoro można pokimać do 7:00 i względnie wypoczętym ruszyć w góry. Pogoda rewelacyjna, bus niemal pusty (uroki czasu pozasezonowego), Kuźnice welcome to. Wysiadamy pod stacją kolejki na Kasprowy – nieczynną, bo remontowaną (uruchamiana w tym czasie była tylko w weekendy), nadziewamy się na nagabujących na spływ Dunajcem górali (uciekaj, kto może) i… nieświadomą zamknięcia kolejki rodzinkę, która lamentuje nad niemożnością wjechania na Kasprowy. No bo jak to, po co, kto to widział zamykać. Mam przeczucie, że górale już się o rodzinkę zatroszczyli i swoje im z portfela wyciągnęli.

My ruszamy do Murowańca. Tłumów nie ma (surprise!), jest za to niegdyś znienawidzona przeze mnie kostka pod górę, ale chyba po prostu w czasach licealnych moja kondycja leżała i kwiczała, bo bez przesady… albo zwyczajnie jestem tak przejęta faktem bycia w górach. Z każdym krokiem czuję, jak ulatuje ze mnie miejskie napięcie i wlewa się górski spokój. Jest po prostu dobrze. I „fun” też jest. Im wyżej, tym więcej. No to w górę!

Wiosna to czy zima? A przepraszam, jesień…

Processed with VSCO with f2 preset

blog2

Zaciągam się wami, Tatry, choć nie palę wcale. Chwilo trwaj i inne takie.

Processed with VSCO with f2 preset

Coraz bardziej biało:

Processed with VSCO with f2 preset

Aż wreszcie – wystarczająco biało:

Zameldowaliśmy się w schronisku, rzuciliśmy plecaki na łóżka i poszliśmy na mały rekonesans po okolicy.

blog1

Processed with VSCO with g3 preset

Przełom października i listopada to wspaniały moment na wypad w góry, jest tylko jedno, małe „ale”. Otóż. Zmrok zapada niepostrzeżenie (okrutnie prędko i o wiele za szybko). W związku z powyższym oraz towarzyszącym nam zmęczeniem, po małej wycieczce zawróciliśmy w kierunku schroniska. Głód nas prowadził. Żegnało płonące niebo.

Processed with VSCO

Kolejne dni były nieco bardziej konkretne. Zdjęcia i skrót telegraficzny poniżej.

Plan: spacer nad Czarny Staw a potem „zobaczymy, co dalej”. Konkretnie – jakie będą warunki, bo miejscami już w okolicy schroniska była szklanka. A potem nie było. To tak żeby ułatwić podjęcie decyzji, czy pchać się do góry…

Processed with VSCO with g3 preset

Processed with VSCO with g3 preset

Iii jest Czarny Staw. Szlak na Karb zamknięty – w sumie nic dziwnego, zlecieć wprost w wodną toń łatwo, ale z podsłuchanych w schronisku rozmów wydaje mi się, że nie na wszystkich znak podziałał.

Processed with VSCO

Wyprzedzamy cień, gonimy słońce, dopadamy skąpany w tymże głaz i urządzamy zasłużony popas. Zapomniałabym dodać, że wokół nie było nikogo. N i k o g o. Tatry. Czarny Staw Gąsienicowy. Czaicie to? Błogosławiony, posezonowy czas. Uczcijmy to bałwankiem!

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Ten kolor wody. Hypnotajzing.

blog5

Processed with VSCO with f2 preset

Jak widać na załączonym obrazku, wiele mi do szczęścia nie trzeba. Radość po opuszki palców.

Processed with VSCO with hb2 preset

No dobrze, popas popasem, ale przecież nie będziemy tak leżeć cały dzień (a może jednak?). Młoda godzina, słońce wysoko, „…. to tak pójdziemy wzdłuż Stawu i pomyślimy, dobrze?”. Dobrze. Tu małe wyjaśnienie, skąd całe te zastanawianki. Otóż. Ten wyjazd był w założeniu czystym lenistwem. Czyli właśnie takim leżeniem na kamieniu w słońcu cały dzień. Celowo i świadomie zostawiłam w domu raki i czekan. Mieliśmy robić nic. Ale jak tu „robić nic”, gdy góry tak bardzo zapraszają?

blog4

Processed with VSCO with f2 preset

Dużo kosodrzewiny, trochę gołych głazów, da radę bez sprzętu. Kłopot w tym, że apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Processed with VSCO with f2 preset

A im wyżej tym ładniej.

blog6

blog8

Gdzie nie spojrzałam, tam bezbrzeżny zachwyt.

Processed with VSCO with f2 preset

I ta ułuda szczytów i grani na wyciągnięcie ręki. Przyznaję – w tym miejscu bez sprzętu być nie powinniśmy. Nastąpiła mała konfrontacja mojego uporu (i jakiegoś amoku górskiego) i Piotrka opanowania i chłodnego, racjonalnego myślenia (skąd on to ma?) i zaczęło się targowanie. Ale kochanie, jeszcze kawałeczek. Nie, to jest niebezpieczne, zobacz, jakie nachylenie i brak szlaku i śnieg niepewny. Ale kochanie, jest wydeptane. Tak, ale zaraz już nie będzie i to nie jest szlak. Ale już tak blisko. Nie, to nie jest blisko, wydaje ci się. Ale jest tak pięknie. Jest, ale zaraz słońce będzie się zniżać, a schodzi się gorzej. Ale… i tak długo. Tak bardzo żałowałam sprzętu, który został w Gdańsku. Warunki były genialne i tak trudno było odpuścić… Podeszliśmy jeszcze kawałek i nastąpił odwrót. I to była bardzo mądra decyzja. Drogie Granaty, za rok widzimy się u góry!

Processed with VSCO with f2 preset

blog7

Processed with VSCO with f2 preset

Następnego dnia podreptaliśmy na Kasprowy. A droga powrotna aż prosiła się o zjazd na jabłuszkach, ale i bez nich dało radę. Ślizg kontrolowany w stylu alpejskim dał radę.

Ktoś tu się dawno nie rozciągał…

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

A kto tam? Królowa Świnica!

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

blog12

Widok na Słowację:

Processed with VSCO with f2 preset

I kraina pupoślizgu:

Processed with VSCO with f2 preset

Tu właśnie zapada decyzja o spacerze w kierunku Czerwonych Wierchów.

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

„Ale by było fajnie, gdyby zaraz za zakrętem była jakaś kozica”. Pięć sekund później, mówisz-masz:

Processed with VSCO with f2 preset

blog10

Processed with VSCO with f2 preset

Łobuzowanie na granicy polsko-słowackiej.

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

I dzień ostatni, czyli wieczorem mamy pociąg do Gdańska, ale coś jeszcze wykombinujemy. Padło na przełęcz Karb. Jak od Gąsienicowego szlak zamknięty, to spróbujemy z drugiej strony i po problemie.

Ładny ten Kościelec…

Processed with VSCO with f2 preset

Gdzie jest Wally?

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with hb2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Wciągnęliśmy się jeszcze trochę pod ścianę Kościelca, rozłożyliśmy na jakimś kamlocie i… przez półtorej godziny kontemplowaliśmy kozicę, która wgramoliła się po oblodzonym zboczu na głaz kilka metrów od nas. Dzieliła nas przełączko-przepaść, zastygliśmy my i ona i nie odrywaliśmy od siebie oczu (jakkolwiek to brzmi). Mistyka totalna.

Processed with VSCO with f2 preset

I jak tu nie kochać tych gór?

blog13

blog9

Processed with VSCO with f2 preset

W drodze powrotnej z uporem maniaka zrzucałam płaty śniegu z trawy. Zawsze to bliżej wiosny.

Processed with VSCO with f2 preset

Ech, te romantycznie pożegnania z Tatrami…

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset

Schodzenie z gór po ciemku, na czołówkach, też ma swój urok. Wiecie, jakiego dostaje się przyspieszenia przy każdym niespodziewanym trzasku w ciemnym lesie? Do następnego, Tatry moje najulubieńsze!

Processed with VSCO

2tatry-0056

Twarde tatrzańskie dane, czyli co, gdzie i za ile

Nadszedł czas na garść twardych danych. Koniec widoczków i wzruszeń (no dobrze, emocjonalne poruszenia wzbudzało we mnie jedzenie w Roztoce, ale mój wilczy apetyt nie pozwolił na zrobienie zdjęcia moim przenośnym żelazkiem, więc sorry, zdjęć nie będzie, taki lajf i klimat). Czas na mięcho, czyli hajs, bo ten, jak wiadomo, musi się zgadzać. A nam się nie zgadzał. Na szczęście w tę przyjemną stronę, bo wróciliśmy z nadwyżką (uff, hurra, moje szczodre kalkulacje przedwyjazdowe dały radę). Może kumulacja lotto to nie jest, ale jednak.

Czytaj dalej »

2tatry-0024

Rysów zarys

Ja wiem, że wycieczka miała miejsce ponad dwa miesiące temu. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że w te ciemne, grudniowe dni, dobrze wrócić pamięcią do względnie ciepłego, tatrzańskiego września… Dla mnie to powrót szczególnie miły, bo dziś będzie o Rysach. Góra dla mnie wyjątkowo ważna, choć wcale nie dlatego, że najwyższa, że to „ta góra”, że „trzeba”. Nie, nie, nie. Najzwyczajniej w świecie miałam z Rysami osobiste porachunki, uważałam, że góra jest złośliwa, bo nie będąc specjalnie trudną, od lat nie pozwalała mi się zdobyć. Jeszcze byłam w stanie wybaczyć nieudane próby z czasów dziecięctwa, kiedy to dziesięcioletnia Ewa wybrała się na Rysy z rodzicami, od strony słowackiej, czyli tej łatwiejszej, i w połowie pięknego, słonecznego sierpnia zaskoczył nas śnieg po kolana. Odpuściliśmy, co zrozumiałe. W czasie licealnym zaczęłam się jednak nieco buntować, bo albo towarzystwo, z którym byłam w górach, było niechętne na Rysy, albo pogoda kapryśna, albo w innej części Tatr buszowałam. I tak przez lat wiele foch obustronny narastał, a zła passa nie została przełamana nawet w zeszłym roku, kiedy wybrałam się w Tatry sama, obiecując sobie, że „teraz to już na pewno”. Zapomniałam chyba, że w Tatrach nie ma czegoś takiego, jak „na pewno”.

Czytaj dalej »

tatry-0133

Ewa vs. halny 0:1, czyli lepiej poleńmy się nad Czarnym Stawem

Wstępny plan szczytowania na Rysach wymierzony był w środę. Mieliśmy być wypoczęci (mhm), na noc „po Rysach” udało się zarezerwować dwójkę, żeby dobrze odpocząć i konkretnie się wyspać, pogoda zapowiadała się fantastycznie. Spakowaliśmy się z nastawieniem na zdobywanie najwyższego szczytu polskich Tatr, pojedliśmy obficie, żeby zmagazynować siły i już mieliśmy kierować się do pokoju, ale kupując wodę, Piotrek wspomniał przy barze mimochodem o celu naszej wycieczki. Po tym, co usłyszeliśmy, miny nam trochę zrzedły: „zastanówcie się dobrze, podejdźcie pod Czarny Staw i zweryfikujcie ten plan, bo ma wiać halny, nawet 130 km/h”. Chwilunia. Na halny to my się nie umawialiśmy. To znaczy – oczywiście, zawsze byłam ciekawa, co to ten słynny halny w praktyce, w czuciu i odczuciu, jak bardzo może wiać, ale… ale dlaczego akurat w dniu, kiedy chcemy iść na Rysy, które próbowałam zdobyć od lat nastu i „zawsze coś”. No dlaczemu, ja się pytam. Jeszcze przed snem podjęliśmy decyzję, że trudno, idziemy, zobaczymy wyżej, jak się sprawy będą miały. Wyszliśmy około 6:30 i tak naprawdę już kilkanaście minut później wiedziałam, że to nie jest ten dzień. Jeszcze nie przez halny, a z bardzo prozaicznego i głupiego powodu. Otóż wymyśliłam, że szkoda czasu na rozsiadanie się nad śniadaniem o takiej porze, przemkniemy szybko do Morskiego i tam zjemy. Zignorowałam fakt, że bez śniadania to ja mogę co najwyżej przejść się dookoła bloku (a i to nie jest pewne) i dość szybko zaczęło mi się kręcić w głowie a każdy krok okupiony był sporym wysiłkiem. Na Rysy się Ewunia wybrała, tak?

Czytaj dalej »

tatry-0121

Hej ho, hej ho, na Szpiglas by się biegło

Kiedy w poniedziałkowy wieczór siedziałam przy stole pochylona nad mapą, czekając na podstawienie pod nos gorącej kolacji (#takiejtodobrze), moja osławiona już podzielność uwagi była lekko przytłumiona. Brak snu, zmęczenie górskie, rozleniwiające ciepło schroniska… nie muszę się tłumaczyć. Czujne uszy jednak nigdy nie śpią i w pewnym momencie wyłapałam znajomy głos. Nieee, to niemożliwe, nie wymyślaj, Ewa. Jednym okiem łypnęłam kontrolnie w stronę sąsiedniego stołu i… zastygłam. Noł łej. Jeszcze kilka łypnięć, pozorowane wygięcie szyi w stronę baru, w celu lepszego obejrzenia postaci na celowniku i coraz większa konsternacja. Piotrek przyszedł z jedzeniem i teatralnym szeptem został wciągnięty w śledztwo na miarę Szerloka (tego granego przez Benedicta Cumberbatcha). Na szczęście jedna osoba w tym związku nie ma problemu, żeby podejść do potencjalnie obcej osoby i powiedzieć „hej, Tyna?”. Tak, to była Tyna. Resztę wieczoru spędziliśmy z jedną z najwspanialszych osób na tym łez padole, a gdy dołączyła do nas Olga, która wyłoniła się z tak zwanego nienacka, to już w ogóle. Padół radości. I może moja mama ma rację, twierdząc że ze mnie medium jakieś czy inny magnes na spotkania.

Czytaj dalej »