Georgia & Armenia / 2

Autobusem dojechaliśmy do dworca kolejowego w Tbilisi. Naprzeciwko dworca znaleźliśmy kantor i po chwili z zaciekawieniem oglądaliśmy gruzińskie banknoty. Ładne :) Gruzińskie lari (GEL) jest walutą dość mocną – 1 lari to 2 złote. „Bogaci” udaliśmy się na metro (jak tam śmierdzi.. nigdzie w Tbilisi tak nie śmierdzi, jak w metrze), którym pojechaliśmy na Didube (stacja metra, dworzec autobusowy, plac marszrutkowy, rynek z dosłownie wszystkim, co widać na poniższych zdjęciach).

We took the bus to the main railway station in Tbilisi where we exchanged some money (hurray, Georgian money! 1 GEL = 0,5 EUR). Then we got on the tube (ok, everyone says „metro” there)… first thing you notice about it is that it stinks. I love Georgia but the Tbilisi metro… worst place ever. After a few stops we were at the Didube station (metro, buses, marshrutkas, food market, everything you wish you can find there).

Gigantyczne arbuzy – około 0,5 GEL za kilogram. Zdarzyło nam się kilka dni później kupić 12-kilogramowego arbuza na trzy osoby… gdyby komuś kiedyś coś takiego przyszło do głowy – 12 kilo to naprawdę dużo arbuza. Bardzo dużo. Choć z drugiej strony, gruzińskie arbuzy są tak nieziemsko pyszne, że można je jeść bez końca. I raczej ich nie zabraknie – niemal wszędzie stoją samochody wypełnione po brzegi arbuzami, im dalej od stolicy, tym taniej. Nic, tylko jeść.

The giant watermelons you can see below cost about 0,5 GEL for kilogram. A few days later we bought a 12 kg watermelon for three of us… well that was a lot. It was so delicious though… You can buy watermelon almost everywhere – people bring full cars of this fruit and sell them all day on the streets. Tasty, refreshing, cheap. An obvious choice for the hot Georgian summer.



Po zrobieniu stosownych zakupów (część naszej ekipy postanowiła samodzielnie gotować w górach, nasza trójka – ja, M. i Mi. – miała liofilizaty i przygotowane w Gdańsku mieszanki śniadaniowe muesli w góry) udaliśmy się do uprzednio upolowanej marszrutki do Kazbegi (Stepantsminda). A raczej do marszrutki, której kierowca nas upolował – po wyjściu z metra na turystów rzucają się kierowcy, wykrzykując nazwy miejscowości, do których chcą obcokrajowców zawieźć. Nasz kierowca początkowo proponował 20 lari od osoby, koniec końców utargowaliśmy 15 lari (targowanie się jest tu absolutnie normalne a wręcz oczekiwane, jeśli tylko znamy rosyjski, to wstyd byłoby się nie potargować). Trasę do lub z Kazbegi pokonywaliśmy jeszcze trzy razy i płaciliśmy po 10 lari, co jest regularną ceną dla miejscowych – ale wtedy nie należy dać się złapać od razu po wyjściu z metra, tylko pewnym krokiem iść wgłąb placu i szukać właściwej marszrutki, którą jadą Gruzini. Nasza pierwsza jazda do Kazbegi była jednak warta swojej ceny – duży bagażnik (różnie to potem bywało), tylko my i dwie Rosjanki w marszrutce, kilka postojów po drodze – najpierw stacja benzynowa i napełnianie butelek po wodzie benzyną, potem Annanuri, punkt widokowy w górach, stragany z lokalnymi produktami.

After some shopping (five of us decided to cook in the mountains and needed to buy food; me, M. and Mi. had bought freeze-dried food and prepared muesli-mixes) we took a marshrutka to Kazbegi (or rather the marshrutka „took us” as right after leaving the tube all tourists are attacked by the drivers who offer to drive them to various places in Georgia for the „best” price). Initially our driver wanted us to pay 20 GEL each but we managed to negotiate 15 GEL per person. Later we payed 10 GEL for the Kazbegi-Tbilisi route which is the regular price for local people – you just need to ignore the drivers at the exit of the metro station and go to the center of the Didube square where you can find the 10GEL marshrutka. However, the first time we drove to Kazbegi was worth its price as it was only the eight of us and two Russian girls in the bus and the driver made several sightseeing stops.


Poniżej: twierdza Ananuri, około 70 km na północ od Tbilisi. XVI-XVII w.

Below: Ananuri, c. 70 km north of Tbilisi. 16th-17th c.



Tu A. i A. zamiast zwiedzać, poszli na szaberek :)

Instead of sightseeing, some chose to semi-legally grab some fruit :)

To teraz kilka słów na temat gruzińskiej jazdy i iście ułańskiej fantazji za kierownicą… Otóż w Gruzji nie ma czegoś takiego, jak przepisy drogowe. To znaczy – może i są, ale nikt się nimi nie przejmuje. Nikt. Zasady są proste: należy jak najszybciej dojechać do celu, wyprzedzić po drodze jak najwięcej innych pojazdów, samemu nie dać się wyprzedzić. Wyprzedzamy wszędzie i na każdy możliwy sposób – linia przerywana, ciągła, podwójna ciągła, zakręt, na trzeciego, na czwartego. Wyprzedzamy także policję. Dużo trąbimy, z powodu i bez powodu. Jesteśmy przygotowani (psychicznie, bo prędkościomierz i tak pokazuje 130 km/h) na krowy beztrosko stojące/leżące na środku drogi. Nie przejmujemy się, gdy droga zaczyna wić się serpentynami oraz gdy kończy się asfalt a zaczyna dawna gruzińska droga wojenna (prowadząca do granicy z Rosją, która jest zasadniczo zamknięta i przekraczać ją mogą tylko Gruzini i Rosjanie), którą jeździ wszystko, od najnowszych mercedesów po wielkie tiry (nie chcę wiedzieć, co przewożą). No i oczywiście obwieszamy lusterko różańcami i świętymi obrazkami, skoro już jeździmy, jak jeździmy.

Now it’s time to write a few words about the way people drive in Georgia. Firstly, there is no such thing as rules. I mean, maybe there are some regulations, but no one really cares about them. No one. The drivers do their best to: a) get to their destination as fast as possible, b) overtake as many cars as possible (including the police), c) do not let others overtake you. to do all of these you ignore the signs, the lines, the number of cars ahead of you. Oh, and hooting. All the time. Also, be prepared (mentally, because you’re driving 130km/h anyway) to suddenly see a cow standing on the road. Or two cows. Or more. When the asphalt finishes and the Georgian military road begins you keep driving as fast as you did before. It’s just more fun (or more nearly-heart-attack situations for the passengers). Finally, don’t forget to stick as many images with saints and hang a rosary on the front window. You may need them.







Co oni tam oglądają?

What are they looking at?

To gruziński snickers! Już wyjaśniam – gruziński snickers to orzechy nawleczone na sznurek i zalane gęstym sokiem owocowym lub inną słodką masą. „Snickersy” kosztują około 2 lari, smakują, szczerze mówiąc, średnio (zdecydowanie lepszy jest brązowy, fioletowy to trochę taka guma/żelka bez wyraźnego smaku), za to zdecydowanie dostarczają wiele rozrywki :)

It’s the Georgian snickers! Basically it’s nuts in a fruit (or other sweet) juice; costs c. 2 GEL, tastes like jelly. I did’t really like them, maybe because I bought the purple one and the brown one was much better. Lots of fun :)


W następnym odcinku ruszamy w góry :)

Next post – the Caucasus :)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s