Georgia & Armenia / 3

Gdy już nas należycie wytrzęsło w marszrutce, gdy oddaliśmy się wystarczającej ilości rozrywek turystycznych, gdy posmakowaliśmy gruzińskich snickersów i wypiliśmy kilka litrów coca-coli (ten temat jeszcze powróci)… dojechaliśmy do Kazbegi. Albo raczej – Stepantsmindy. Nie do końca rozumiem powód zmiany nazwy miejscowości, zainteresowanych odsyłam do internetów i innych rzetelnych (albo i nie) źródeł. 160 kilometrów na północ od Tbilisi, 1750 m n.p.m. i możemy ruszać w góry. No, prawie. Od razu po wyjsciu z marszrutki wpadamy na dwóch Polaków („Idziecie na szczyt? Oj, byliśmy, oj, ciężko było, oj, wpadaliśmy w szczeliny, oj, po dwa razy każdy”), po chwili kolejni Polacy („o, dopiero przyjechaliście, o, to wspaniale, my już wyjeżdżamy, o, żebyście wy widzieli gruzińskie biesiady, o, jak nas spili czaczą dwa razy, o, samolotem przylecieliście, my samochodem przez Rosję, o, to będziecie mieli wspaniałe wakacje”). Kierujemy się do Travel Agency, by przepakować się i zostawić niepotrzebne w górach rzeczy. Udaje mi się pozbyć jednej pełnej siatki, ale co z tego, skoro plecak nadal waży zdecydowanie za dużo i na myśl o wniesieniu go na pięć tysięcy metrów robi mi się słabo. Pocieszamy się, że przecież jedzenia (którego mamy na dziesięć dni) będzie ubywać.

After four hours in the marshrutka (it is usually three and a half) and having stuffed ourselves with the Georgian snickers, lavash (bread) and litres of Coca-Cola, we finally arrived in Kazbegi (160 km north of Tbilisi, 1750 m above sea level). The new name of the village is Stepantsminda but I will not go into details and try to explain why and how the name changed; there is some information on the Internet if you are interested. Seconds after we left the marshrutka, we bumped into two Poles, who climbed Kazbek and presented the story of their ascent in a quite dramatic way (seriously, what was the purpose, to scare us?). Then we met other Poles, who cheerfully told us about their experiences with Georgian alcohol (chacha) and how they came to Georgia by car. Two contrasting approaches, but we already started to realise that Georgia is a country of contrasts. We went to the Travel Agency to re-pack and leave the unnecessary staff. Still, though, our backpacks were way to heavy for climbing a 5000 metres high mountain. „But you know, we will eat the food, the backpacks will be lighter and lighter…”. Yeah. Sure.


Przez pierwsze dwadzieścia minut droga prowadzi między sypiącymi się domami. Człapie sobie człowiek pod górę, trochę zaczyna już sapać, a tu taki widok – piękny, soczysty arbuz. Nie pora jednak na takie przyjemności…

Watermelon! But seeing it was more like a torture as we knew that the next days will be all about eating muesli with powder milk for breakfast and freeze-dried food for dinner.


Chmury! Dużo chmur! Układały się w przedziwne konfiguracje, podnosiły się i opadały. Te góry za chmurami to czterotysięczniki. Z tamtego miejsca wyglądały jak nasze Tatry.

It was very cloudy that day. The mountains behind the clouds were 4000 metres high, though from that perspective they looked more like the Polish Tatra mountains (2500 m the highest).

Kilka minut przed dyskusją-głosowaniem, która częściowo przesądziła o dalszych losach wyprawy. Robi się chłodno, zaczyna padać, zbierają się nieciekawe chmury. Część chce rozbijać się na polanie ze zdjęcia poniżej, część iść wyżej i spać na grani. Mamy demokrację, wygrywa grań, idziemy więc jeszcze pół godziny do góry.

The photo below was taken minutes before an intense discussion which, as it turned out, was crucial for our trip. It started to rain and there were dark clouds coming from Kazbek. Some of us wanted to stay at the glade where we were, some wanted to go further up and sleep on the crest. As it was a democratic choice, the latter option won.


Moje wspomnienia z tego wieczoru? „Dlaczego tu tak wieje, jak tu jest okropnie zimno, niech ten głupi wiatr przestanie wiać, o nie, pada, chowajmy się do namiotu, ale nie, przecież jedzenie się gotuje, trzeba iść po wodę… na dół, pada coraz mocniej, co my tu robimy?”. Zdążyliśmy zjeść, nie zdążyliśmy umyć menażek, trzeba było chować się do namiotów. Ciemno, zimno, pada. No i ten spadek na grani – co pół godziny budziłam się z głową na wysokości połowy karimaty. To jednak nic. Wkrótce rozpętała się burza. Jesteśmy na 2300 m n.p.m., na mocno eksponowanej grani w górach, wokół trzaskają pioruny, bardzo szybko po nich rozlegają się grzmoty, leżymy w namiocie i możemy zrobić nic. Wściekanie się, że nie upieraliśmy się bardziej przy bezwietrznej polanie dwieście metrów niżej niewiele by pomogło, zostało chyba się modlić (choć i do tego nie miałam głowy i powtarzałam w myślach to samo).

All that I remember from that evening is thinking: „Why the hell is it so windy here, and cold, why is it sooo cold, oh no, it is raining now, we have to go to the tent, but no, we can’t leave the food on fire, we have to go get water… which is far down, it’s raining like crazy, what the hell are we even doing here?”. Dark. Cold. Raining. The slope of the crest didn’t help either as I was waking up every half an hour only to find myself in all kinds of weird positions. But it would be fine, that’s not Hilton hotel. It became much worse and actually really dramatic when the storm came. Thunderstorm, to be precise. We wer ein the worst place ever to be at that moment and we could do nothing. Well, pray, maybe. But to be honest, I was so scared that I could only repeat one sentence all night.

Na szczęście przeżyliśmy burzę (dzięki czemu mogę się tu podzielić tą radosną nowiną jak i innymi fascynującymi historiami) i następnego dnia obudziliśmy się przy akompaniamencie kropel deszczu. Tak, dalej padało. Lało wręcz. Co było robić, nic, tylko leżeć w namiocie. Około siódmej jednak ta błoga atmosfera została zakłócona przez intensywne nawoływania „hellloł! helllooooł!” i postukiwanie w namiot. Rozpięliśmy wejście, a tam kilka przemoczonych Hiszpanek. „Can we sit in your tent?” – zapytała najodważniejsza. Mała konsternacja… Rozumiem, że ktoś w trudnych warunkach schodzi z gór, potrzebuje pomocy, ciepłej herbaty, ogrzania się. Okazało się jednak, że Hiszpanki idę w górę. No przepraszam, na głowę upadły, czy co? Tak, wiem, nasze spanie na grani też było głupie. Idiotyczne. Kretyńskie. Poradziliśmy im jednak, żeby zmieniły kierunek (zaoferowaliśmy miejsce w namiocie jednej, ale chyba się wystraszyła) i zeszły do klasztoru Cminda Sameba. Mam nadzieję, że tak zrobiły.

Luckily, we survived the thunderstorm and woke up the next morning, all alive. It was still raining. At 7 am (we didn’t really expect any human beings there at that time – and I say human, because at night some animals ate our nuts and powder milk) we heard someone saying „hello” in front of our tent. A group of Spanish girls going up (!) wanted to stay with us for a while as it was cold (oh really?) and wet (again…) but then they wanted to continue the climb. We managed to persuade them to go down and I hope that’s what they did.

Ja, M. i Mi. dość szybko zdecydowaliśmy się zejść z gór – nadal lało i miało tak być do wieczora, a w nocy zapowiadano o wiele gorszą burzę niż ta, której doświadczyliśmy. Pozostała piątka postanowiła przeczekać złą aurę w górach. Ta decyzja zdeterminowała dalsze losy wyprawy – spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, ale podróżowaliśmy oddzielnie. Spakowaliśmy plecaki, zabraliśmy jeden namiot i kuchenkę, pożegnaliśmy się z resztą ekipy i ruszyliśmy w dół. Mnóstwo błota (zaliczyłam piękny zjazd – zachciało się skrótów w lesie po deszczu…), byki stojące na szlaku (zważywszy na czerwoną kurtkę M., nie byłoby zbyt rozsądne iść szlakiem), turyści wjedżający na polanę pod klasztorem terenówkami i robiący sobie zdjęcia na tle mgły, za którą skrywał się Kazbek. Tyle pamiętam z tego zejścia.

Me, M. and Mi. decided there is no point to stay in the mountais – it was still raining at 12:00 and was supposed to continue and even get worse. The rest of our group decided to stay and wat for better weather. This decision determined the way we travelled in the next two weeks; we met a few times later in Tbilisi and Yerevan, but travelled separately. We packed our stuff, took on tent and some equipment in case we come back and said goodbye. All I remember then is mud (I experienced it quite… closely), bulls standing on our way (M. was wearing a red jacket so it would be silly to continue going down the tourist way) and tourists driving to 2100 m and taking pictures with clouds, behind which Kazbek was hiding.

W Kazbegi byliśmy około 17:00, dowiedzieliśmy się, że ostatnia marszrutka do Tbilisi odjeżdża o 18:00, usiedliśmy więc w Cafe z widokiem na marszrutkowy plac i zamówiliśmy herbatę i khinkali („mniam mniam mniam” – nie wiem, ile razy to powiedziałam w trakcie tego wyjazdu, co najmniej kilkanaście razy dziennie). Co kilka minut sprawdzaliśmy, czy nasza marszrutka nadal stoi na placu. O 17:40… marszrutki nie było. Rozpłynęła się, zanurzyła w niebycie, albo po prostu odjechała. Pusta? Przecież puste marszrutki nie jeżdżą. Czekają nawet dwie godziny, aż zapełnią się do ostatniego miejsca. Jak to więc… Przemoczeni, zziębnięci i bez perspektyw na nocleg (rozbijanie mokrego namiotu w deszczu to żadna perspektywa), zapytaliśmy właściciela cafe, czy można tu gdzieś znaleźć nocleg u jakiegoś gospodarza. Przytaknął i wskazał dom za cafe. Na naszego pytanie, do kogo mamy się zwrócić, uśmiechnął się szeroko i postukał w pierś :) Za 20 lari (utargowane z 25) dostaliśmy pokój z trzema łóżkami (każde niczym dla księżniczki na ziarnku grochu). Była też łazienka… M. pierwszy poszedł się kąpać. Nagle światło zgasło „do połowy”. Po chwili się zapaliło. Znowu przygasło. Okazało się, że dzieje się tak po odkręceniu ciepłej (cieplejszej niż lodowata) wody. Drugi poszedł się kąpać Mi. Istna dyskoteka. Przyszła moja kolej, szczęśliwa, że wezmę ciepły prysznic, odkręciłam wodę (lodowatą) i zaczęłam majstrować przy pokrętle na rurze. Na dwie sekundy na mojej twarzy zagościł uśmiech, gdy poczułam ciepłą wodę. W trzeciej sekundzie zabrakło mi oddechu, bo woda stała się na powrót lodowata, w tym samym momencie zgasło światło (nie do połowy, a całkowicie) a ja usłyszałam konkretny grzmot. Tym sposobem prysznic był lodowaty i po ciemku, a mi pozostało cieszyć się, że za chwilę będę w ciepłym, suchym łóżku, a nie na grani atakowanej przez szalejącą burzę.

At 5 pm we were down in Kazbegi. We were told that we can catch the last marshrutka to Tbilisi at 6 pm. We had plenty of time… right? We sat down for tea and khinkali and every five minutes checked whether the marshrutka was still there. Well, at 5.40 it wasn’t. Very weird, as marshrutkas never leave empty. Never. They wait as long as needed (even two hours) for the bus to be full. We asked the cafe owner where we can find a place to stay for the night and he pointed to a house behind the cafe. Then, we asked for the owner… and he pointed to himself :) For 20 lari (the initial price was 25) we got a room with three beds (soooo comfortable, I felt like the main character from the ‚Princess and the Pea’). there was a bathroom as well… a very interesting one. I was the last one to take a shower and already knew that the light turns half-off when you turn hot (well, not hot, not even warm, just slightly warmer than ice cold) water on. The second I tried to do that, the lights went off and I felt the ice cold water on my body. Also, that very same second, I heard a thunderclap. But hey, „Always look on the bright side of life”, right? In a few minutes I was going to be in a warm, dry bed instead of a cold, wet mountain crest.


Tu już z powrotem w Tbilisi, na Didube. Upał… kilkanaście minut po powrocie z gór zaczynamy nieśmiało mówić o ewentualnym powrocie do Kazbegi „jeśli poprawi się pogoda”. Jeszcze się właściwy Kaukaz Wysoki pojawi na tym blogu :)

Back in Tbilisi, Didube station. So hot. Minutes after coming back from the mountains we start saying something about doing the trip again… „if the weather improves”. And it did improve indeed.


Nasz host z couchsurfingu nie mógł nas przenocować (byliśmy umówieni kilka dni później) ale polecił nam zaprzyjaźniony hostel (Why Not?). Fantastyczne miejsce, świetna atmosfera. Przyjazne ceny (20 lari za materac z pościelą w dużej sali, 25 i 30 w mniejszych pokojach). W cenie łazienka, śniadanie, wi-fi, przechowalnia bagażu, pralka, mapki. Brak „godziny policyjnej”, genialni ludzie. Polecamy.

Our CS host wasn’t able to host us that day but he recommended a very good hostel (Why Not?) in the center (very close to the Rustaweli street). A great place indeed, cheap (20 GEL for a mattress with bed linen, a bathroom, breakfast, wi-fi, baggage storage, laundry machine, maps). No „curfew”, amazing people.

Pierwsze kroki w Tbilisi – mnóstwo kotów i sypiących się domów.

Tbilisi – ruined houses and cats, cats everywhere.


A to piekarnia, w której kupić można tradycyjny gruziński lawasz w kształcie czapki Napoleona. Najpyszniejszy chleb na świecie. Zdjęcie owego chleba pojawi się w ostatnim odcinku relacji, ponieważ jest na jeszcze niewywołanej rolce filmu.

And here’s a bakery where you can buy the traditional Georgian lavash, Napoleon-hat shaped. the bread is delicious and I became literally obsessed with it. A picture of the bread will come up here, probably in the last post as it is still on the undeveloped film.

Poniżej: pierwsza kolacja w Raczy, naszym ulubionym miejscu w Tbilisi. Pyszne, świeże i tanie gruzińskie jedzenie. Miejsce odwiedzane przez lokalnych ludzi. Genialna zupa kharczo, pyszny szaszłyk kebabi, rozpływające się w ustach khaczapuri. Do tego oczywiście wino – baaardzo młode, w litrowych butelkach po wodzie. Za trzy najedzone (przejedzone) osoby (w tym dwóch dużych mężczyzn, którzy pochłaniają niepojęte dla mnie ilości jedzenia), zapłaciliśmy 30 lari (trzy szaszłyki, khaczapuri, dwie sałatki, chleb, litr wina). W wersji pierogowej (khinkali) byłoby jeszcze taniej.

Below: first dinner in Racza, our favourite place in Tbilisi. Words are not enough to describe the food there. But it’s delicious, fresh and cheap. Not known by tourists. Oh, and you need to be able to communicate in Russian at a basic level at least as the ladies do not speak English. Our recommendations: kababi, kharczo (soup), khachapuri, khinkali. And of course wine – very young wine :)


Jak już zjedliśmy, to trzeba było to spalić. Wiadomo, najlepiej spala się chodząc po górach… z braku gór, weszliśmy na wzgórze Mtacminda (znajduje się tam charakterystyczny pomnik Matki Gruzji), skąd rozciąga się taki widok:

To burn the calories we climbed the Mtatsminda hill with the Mother Georgia statue. Here’s the view:

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s