Georgia & Armenia / 5

I znów. Metro, Didube, marszrutka. Masakryczna Marszrutka, tak ją nazwijmy. Z mikro bagażnikiem (oczami wyobraźni widziałam, jakiej masakry dokonują tam nasze czekany) i z niepojętą ilością siedzeń na tak niewielkiej powierzchni (dodatkowe siedzenia wyrastały z wąskiego przejścia). Zostaliśmy rozdzieleni i upchnięci z tyłu – ani tu się na kimś znajomym oprzeć, ani widokami porozkoszować – niedobrze. No właśnie, niedobrze… to mi się zrobiło już po kilkunastu minutach jazdy. Złamaliśmy dwie kluczowe dla podróżowania marszrutką zasady: nie zjedliśmy śniadania (wbrew pozorom, lepiej mieć coś w żołądku niż nie mieć) i, co najgorsze, nie wypiliśmy colki. Coca-Cola to napój, bez którego ten wyjazd nie byłby tym samym wyjazdem. Dwa (zdarzało się i więcej) litry tego napoju bogów dziennie na naszą trójkę wystarczały, aby zapobiec pewnym nieprzyjemnym sytuacjom – jak wiemy, Coca-Cola świetnie odkaża, wyżera i oczyszcza (jeśli ktoś nie wie, to niech znajdzie stosowny filmik w internetach, wpisując „coca-cola rdza”). Ja zapamiętam sobie do końca życia: bez colki nie ma jazdy marszrutką. Dlatego dziękowałam Bogu, gdy na drodze wojennej złapaliśmy gumę i koniecznym było opuszczenie busa.

So… there we are again on the marshrutka to Kazbegi. The Horrible Marshrutka, I should call it. With almost no space for our backpacks (I could only imagine the possible damage done to all the bags by our ice axes) but as many seats as possible inside so that no space would be ‚lost’. Sadly, we had to seat separately as most of the seats were already taken and as a result there was no chance to even attempt a nap or at least focus on the views outside. Soon I started feeling sick… very sick. Very, very sick. The reason was perhaps a combination of lack of breakfast, as we were in a hurry, and most importantly, the fact that we didn’t buy even a small bottle of Coke. Coke was crucial for surviving the crazy marshrutka rides as well as generally surviving in Georgia and Armenia during our trip. Almost every day we had two or more litres of it. It may not be very healthy, but certainly kills all the bacteria which is what mattered to us. Anyway, with no Coke on the marshrutka, I was extremely happy when we had to stop after we got a flat tyre. I was hoping for a longer break but the Georgians are really good with repairing stuff – a few minutes later we were ready to hop on the marshrutka again and continue our drive.


Tym razem z o wiele lżejszymi plecakami (selekcja była bezwzględna, wzięliśmy absolutne minimum; jedzenie – na cztery dni, tyle sobie daliśmy na wejście i zejście, jeśli się nie uda – trudno). Pogoda była o wiele lepsza niż poprzednio, co prawda widoczność nie była jeszcze idealna, ale nie padało, chmury były niegroźne, szło się bardzo dobrze. Wystartowaliśmy z Kazbegi (1750 m n.p.m.) po 13:00. Szybko znaleźliśmy się na polanie przy klasztorze a następnie na grani, na której zakończyła się poprzednia próba podejścia. Idziemy dalej… po drodze spotykamy mnóstwo osób z Izraela – wszyscy poubierani w piętnaście kurtek i polarów, trzęsący się z zimna i z przerażeniem patrzący na nas w krótkich spodenkach :) Na wysokości 2500 m założyliśmy jakąś bluzę/cienki polar/merynosa i do 2900 wystarczyło (tam doszła jeszcze kurtka, ale to głównie ze względu na „mokrą” chmurę).

This time our backpacks were much lighter – we had no sentiments choosing clothes and the most necessary gear. We took food only for four days (instead of ten…) and simply decided that if we don’t manage to climb Kazbek within that time it will mean that that’s how it was supposed to be. The weather was much better as well. Not perfect perhaps, but the clouds didn’t look too bad. We started from Kazbegi (1750 m) after 1 pm and after about an hour were at the Gergeti monastery. We continued our trekking and on the way to the pass (2900 m) we met so many Israeli people I couldn’t even believe that. Seems like Georgia is a popular destination for them, though they were all dressed up from head to toe and still shivering and looked at us (wearing just a merino) as if we were aliens. At the pass we had to wear our jackets but that’s mostly because of the fog and little rain.




Tu już wdrapaliśmy się na przełęcz na 2900 m n.p.m. – chmura po chwili poszła w kierunku Kazbegi, a my mogliśmy cieszyć się widokiem przed nami… a cieszyliśmy się bardzo, bo po mozolnej wędrówce (jakby nie patrzeć, 1200 m przewyższenia), ścieżka prowadziła w dół. W dół… do rzeki. Lodowcowej rzeki, którą trzeba było pokonać. Bolesne to było pokonywanie… Szara, brudna woda, konkretny nurt, zalewane wodą kamienie. A przejść trzeba… M. i Mi. przeszli, ja jak ta sierota zostałam na brzegu, ale w końcu się udało. Uff.

Here – already at the pass. The cloud left soon and we could enjoy the view in front of us. And we really did enjoy it, because the path was going down. Hurray! After having climbed 1200 m vertically we really appreciated it. However, it couldn’t be totally perfect – down the path there was a river to cross. Mouldy, grey water coming from the glacier, few metres wide. M. and Mi. crossed it but I was too tired to do it with my backpack and after a little crisis I managed to cross the river with M.’s help.

Na polanie po drugiej stronie rzeki stało już kilka namiotów (polskich oczywiście). Niektórzy przyszli bez bagażu – bagaż wjechał na koniach. Różne są sposoby i pomysły na podróżowanie, ale mnie coś takiego razi – jeśli ktoś nie jest sam wnieść plecaka na taką wysokość, to chyba nie powinien pchać się w takie góry. Co innego wyprawy na ośmiotysięczniki – tam fizycznie niemożliwe jest wniesienie wszystkiego samodzielnie, bo taka wyprawa trwa kilka tygodni. W każdym razie, rozbiliśmy się w idealnym momencie, bo w chwili, gdy postawiliśmy namiot, zeszła bardzo gęsta mgła i ledwo widzieliśmy sąsiednie namioty. Pyszna liofiliza na kolację (to jest naprawdę dobre! Oprócz chili con carne;)), herbata i do namiotu. Trzy osoby, w tym dwóch dużych facetów, w większej dwójce… no, ciepło było przynajmniej.

There were already a few tents on the other side of the river and it turned out that all were Polish. Some people got there without backpacks, which were brought there on horses… well I don’t want to judge too much, but in my opinion if someone is unable to get that high on their own, then it doesn’t really make sense to do it. It’s different if you go on an expedition to climb 8000 m as it takes a few weeks and is impossible to carry everything on your back, but here… c’mmon. Anyway, we had perfect timing as literally the moment we pitched our tent, a massive fog came and we could barely see the silhouettes of the other tents. Then we could barely see anything, actually. Food, tea, sleep. As simple as that. Also, three people (including two big guys) in a double tent – warm and cosy :)

Rozpięliśmy rano namiot i taki oto widok nam się ukazał – bajka.

We woke up to such view:




Mi dziwnie kręciło się w głowie, więc po śniadaniu zostałam oddelegowana na drzemkę do namiotu (teoretycznie mogła to być choroba wysokogórska, ale bardziej prawdopodobne było ogólne „zmulenie” jeszcze pomarszrutkowe) a M. i Mi. poszli na rekonesans w kierunku lodowca. Źle mi było z myślą, że przeze mnie utkniemy w tym samym miejscu na kolejną noc, więc po chwili wiercenia się w namiocie zaczęłam się kręcić po polanie. Zapoznałam się z pozostałymi obozowiczami, stwierdziłam, że już się dobrze czuję i postanowiłam znaleźć jakiś wielki głaz do wygrzewania się. Szukanie odpowiedniego głazu skończyło się tak, że stwierdziłam, że w sumie to nie chce mi się leżeć i zrobię rekonesans na własną rękę a przy okazji się trochę zaaklimatyzuję i pójdę wyżej. Po drodze spotkałam wracającego Mi. a potem M., wróciliśmy do namiotu, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w górę. Po niecałej godzinie dotarliśmy do lodowca. Tam spotkaliśmy Pawła i Kubę, których poznaliśmy jeszcze na lotnisku w Tbilisi, gdzie zamieniliśmy tylko kilka słów – od razu planowali poczekać trzy dni w Tbilisi i dopiero potem ruszyć w góry. Kilka godzin później rozbiliśmy obok siebie namioty przy stacji Meteo a jeszcze później… o tym później. Założyliśmy raki (choć byli i tacy, co bez raków szli) i zaczęliśmy wędrówkę jęzorem lodowca – co chwilę wydawało się, że już się „wypłaszcza” i że to już prawie koniec… tja. Nie dajcie się zwieść lodowcom. Skubane bestie. Godzina tuptania, na szczęście bez dramatycznych szczelin i marzenia, by już ściągnąć raki.

I felt dizzy so after breakfast I was sent back to the tent for a nap while M. and Mi. went to check the way to the glacier. I felt quite bad and guilty for stopping us from going further that day so after a while in the tent I left it. I chatted with the other people in the camp and decided to find a place to lay outside and update my notes. Looking for „a nice place” I soon thought that it would be a better idea to to go a bit higher and get used to the height. On my way I met M. and Mi., we went back to the camp, packed and decided to try to get to the Meteo station that day instead of staying in the same place one more night. It took us less than an hour to get to the glacier, where we met Paweł and Kuba. We had already met them at the airport in Tbilisi but didn’t talk too much then; they were planning to stay around Tbilisi for three days and then go to Kazbegi. Two hours later we pitched our tents next to each other and became Kazbek buddies ;) We put our crampons on and crossed the Gergeti glacier (took us one hour). We were quite lucky as it was really safe that day and there were no big ice cracks.





Ostatni odcinek drogi do Meteo, ostatnie tego dnia 200 metrów przewyższenia. Pionowa, kręta ścieżka, obsypujące się drobne kamienie. Czterdzieści minut uważnego stawiania kroków i powtarzania sobie „jeszcze trochę”. O 16:30 byliśmy w Meteo (3680 m n.p.m.) :)

Then 40 minutes up and here we are at the Meteo station at 4.30 pm :)




Ha! Nie tylko ja piszę w notesiku ;)

… it’s not only me who takes notes :)

Prostota funkcjonowania w górach jest wspaniała. Powtarzalność pewnych rytuałów i zachowań przy jednoczesnym „nigdy nie wiem, co się zdarzy”. Słońce zachodzi, liofiliza zjedzona, herbata wypita, zęby umyte. O 20:00 nurkujemy do namiotu i wkrótce zasypiamy, jak bobasy. Nawet telefonem nie ma co się bawić za dużo, bo zasięgu i tak nie ma (no dobra, był zasięg, co odkryłam ostatniego dnia, w wychodku, kiedy przypadkowo zabrałam ze sobą telefon i dostałam sms’a sprzed dwóch dni o treści „Ewcia, żyjesz?”).

I love the simplicity of functioning in the mountains. The repeatedness of certain ‚rituals’ and daily behaviours, but also the „you never know what’s gonna happen”. The sun is setting down, we’ve finished eating, last tea that day, teeth brushed. 8 pm and we are already in the tent, soon falling asleep like babies. What else would you do? It’s getting really cold outside (let me remind you, it’s 3700 m above sea level), the phone’s not working (there was no signal – well, there was, in the ‚toilet’, but I discovered that on the last day when I accidentally took my phone with me and got a text saying „Ewa, are you alive?” sent two days before). And to be honest, you really need that early sleep.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Georgia & Armenia / 5

  1. „Prostota funkcjonowania w górach jest wspaniała. Powtarzalność pewnych rytuałów i zachowań przy jednoczesnym “nigdy nie wiem, co się zdarzy”.”

    święta prawda!!! kurcze, jak mi się przypomniała codzenność wyprawowa…

    Czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s