Georgia & Armenia / 6

Pierwszy poranek w bazie pod Kazbekiem jest absolutnie zachwycający – wyjście namiotu mamy ustawione wprost na wschód słońca nad czterotysięcznikami. Nie wiem, gdzie można znaleźć tyle spokoju, co tak wysoko w górach. Śniadanie jedzone bez pośpiechu (wtedy jeszcze nie mieliśmy dość wyjątkowo słodkiego muesli na mleku w proszku z ogromną ilością orzeszków i suszonych owoców), planowanie dnia. Mi. postanowił zostać w Meteo, bo już wcześniej wiedział, że nie będzie atakować szczytu. Ja, M., K. i P. idziemy na spacer aklimatyzacyjny i wybadać teren przed nocnym wyjściem na szczyt. Na lekko albo zupełnie bez plecaka (tylko ja – takie są bonusy chodzenia po górach z samymi mężczyznami ;)) idzie się bardzo dobrze. Przez chwilę. Bo po chwili – morena lodowca, po której się zwyczajnie zjeżdża. Widoki po drodze – nie do opisania. I co chwilę schodzące lawiny ze ściany po naszej prawej stronie… robiły wrażenie. Na 4000 m dopadłam wielki nasłoneczniony głaz, na którym ochoczo zaległam, zaś panowie poszli na dalszy rekonesans sto metrów wyżej. Słońce tak zachęcająco grzało, że pościągałam z siebie, co się dało i urządziłam sobie prywatne Batumi spa. Zapomniałam tylko o kremie (o 9:00 rano mamrotałam do siebie „po co mi krem, idę w długim rękawie, tam na pewno będzie zimno”), co boleśnie (bardzo boleśnie) dało mi się we znaki kilkanaście godzin później. Moja schodząca z ramion skóra i tęczowo opalone nogi zwracały uwagę do końca wyjazdu.

The first morning in the Meteo station base made me fall in love with this place. The first thing we see after opening our tent’s entrance is sunrise above 4000m+ peaks and the view is absolutely stunning. From the very first moment after waking up you’re overwhelmed with the perfect peace coming from nature. Without rush, slowly eating breakfast (at that point we didn’t have enough of muesli with powder milk and a crazy amount of nuts and dry fruit) we were planning the day. Well, there wasn’t too much to plan. Mi. decided to stay in Meteo as he already knew before that he won’t be attacking Kazbek. Me, M., K. and P. decided to go for an acclimatization walk and check the terrain so that we have an idea of the way to the top when we leave at night. It was a nice change to leave the backpack in the base and not have to carry anything – all that we took (which was water with vitamins and a second layer of clothing) has been carried by the guys („thank God I’m a woman” ;)). As I was sure that I will be going to the top at night, I didn’t even take my camera with me… which was a big mistake, because the views made me speechless. Anyway. The first half an hour of our trek was great. Then… a weird combo of mud covering the glacier and some very slippery stones became our path. Not enough to put the crampons on, but slippery enough to make one careless step dangerous. To make things more „exciting”, soon stone avalanches starting going down, luckily, far enough from where we were standing. Still, though, it made me feel this special respect for nature and its forces. The sound of the rocks falling down and the slowmotion when they jumped of the big rock and flew far away (meaning – closer to us) was stupendous. I chose to contemplate nature a bit and wait for the guys while they go a bit further up. Having found a massive stone with the perfect view, I got rid of almost all clothes possible and started enjoying my private Batumi spa. One thing I forgot about though – suncream. I stupidly assumed that at this height it’s gonna be cold and I will stay wearing long sleeve. Well, true, but it was also sunny as nowhere else and the sun was much, much stronger than anywhere else. The consequences I felt the next day and the „rainbow suntan” was something that caught everybody’s attention till the end of our trip.

Panowie wrócili z lodowca, mogliśmy więc schodzić do Meteo. Niestety, dopadła mnie choroba wysokogórska (ból głowy – ucisk czaszki, mdłości – szczególnie, gdy pomyślałam o tym słodkim muesli na śniadanie…) i z każdym krokiem myślałam tylko, że jesteśmy coraz niżej i może zaraz będę się lepiej czuła. O 14:00 w obozie wzięłam tabletki na obrzęk mózgu i położyłam się na dwie godziny – pomogło, choć coś jeszcze odczuwałam. O 2:00 w nocy mieliśmy iść na szczyt… Przeżuwałam liofilizę (dzień włoski, wszyscy wcinaliśmy jakieś spaghetti) i biłam się z myślami. Te kilka(naście) godzin mogło nie wystarczyć, żebym na 5000 m znów nie poczuła się źle. Po drugie, mieliśmy bardzo długą (60m) linę – za długą dla mnie i M., którego zresztą w życiu bym nie utrzymała, gdyby coś się stało. Iść bez liny? Jeszcze kilka miesięcy temu sama wieszałam psy na dwóch chłopakach, którzy tak zrobili – bo to naprawdę nierozsądne; nawet, jeśli lina się nie przyda, to asekuruje i daje komfort psychiczny. Koniec końców, M. poszedł z K. i P., którzy mieli krótszą linę, na którą wchodzą trzy osoby. Ja, po kilku głębokich westchnięciach i obrzuceniu szczytu tęsknym spojrzeniem, postanowiłam odpuścić – i jakkolwiek było mi żal, uważam, że to była dobra decyzja. Szkoda, bo kondycja i chęci były, ale taki life. Góra nie ucieknie, jeszcze tam wrócę :)

The male trio came back from the glacier and we started going down. With each step I was praying for the awful headache to go away but I knew very well that it won’t happen as it was without doubt altitude sickness. The headache was combined with awful sickness and I was just waiting to throw up my breakfast but then I realized I ate about two spoons of muesli and nothing more so there was no way to deal with this sickness. At 2 pm I took anti-AMS medicine and was forced by the guys to drink a crazy amount of tea and go to the tent to sleep. Let’s say I was half asleep for two hours and felt slightly better but still haven’t really recovered. Deep inside I already knew that trying to climb Kazbek so soon after experiencing AMS would be just irresponsible, but I wanted to go so badly. I was chewing my spaghetti bolognese (apparently we all had an Italian meal that day) and really struggling with the decision. I knew that I won’t recover until 2 am and even if I did, I would need the AMS preventive medicines which our friends took all, so we were left with the post-AMS stuff only. On a technical side, we had a very long rope (60m) which was too long for me and M. alone and I wouldn’t be able to hold him in case anything (more specifically – in case he fell in a crevasse on the glacier) happened. Not safe, especially bearing in mind my criticism of two guys who climbed Kazbek without a rope a few months before. After all, I decided to stay in the base and M. went to the top with P. and K. who had a shorter (30m) rope, just enough for three people. I’m not going to lie, I wasn’t very happy with the situation, but I knew it was the right decision. Now I just have to come back and climb Kazbek:).

Poniżej M. w wersji „mumia” – noc przed wejściem. Postanowił spać na zewnątrz, żeby się wyspać – nie wiem, na ile się to udało (podobno średnio); mi z Mi. wcale nie było w dwójkę wygodniej w namiocie – mieliśmy za dużo miejsca do wiercenia i kopania się. Dla mnie – nieprzespana noc, o 5:00 zasnęłam na dziesięć minut i tyle było spania. Wystawiłam głowę z namiotu – rześko, przyjemnie, po chwili słońce powoli zaczęło wschodzić. Długopis i notesik i poranna pisanina. „Mija tydzień wyjazdu, nie chcę jeszcze myśleć o powrocie, ale same przebłyski, że gdzieś tam jest ‚rzeczywistość’ i ‚codzienność’ wywołują bardzo dziwne odczucia. Naprawdę? Gdzieś jest tłoczne, ‚cywilizowane’ miasto, milion nieprzeczytanych maili i powiadomień na facebooku? Decyzje do podjęcia, plany, puste konto w banku? Łazienka z toną kolorowych kosmetyków? Ze wstrętem myślę o komputerze, przepełnionych tramwajach i gośnych ulicach. Tu jest dobrze, tu jest przestrzeń, górskie powietrze i budzenie się z widokiem na zalane słońcem czterotysięczniki. Tu są ludzie, którzy myślą i czują podobnie. Nie dlatego mi tu dobrze, że to wakacje, urlop, przerwa. Tu się jest sobą i żyje się ‚po prostu'”.

And that’s our ‚mummy’… M. decided to sleep outside (as crazy as it may sound) so we wrapped him in foil and wished a good night. Well, rather a good few hours of rest, as he was waking up at 1 am. From what he said later, he didn’t sleep very well but more because of the excitement than cold. I haven’t slept at all that night – partly because of shared excitement, partly because we had too much space in the tent with Mi. so we were kicking ourselves all night, partly because I wanted to wake up for the sunrise. And so I did… and took the first picture in this note then.

Wyszli o 2:00. Wrócili o 16:00. W tym czasie poszłam na krótki spacer, zasiedziałam się na kamieniu. Dobrze było przyjść do namiotu i zobaczyć ich wszystkich, już pochylonych nad kuchenkami, uśmiechniętych, szczęśliwych zdobywców szczytu.

They left at 2 am and came back at 4 pm. Meanwhile I went for a short walk on my own, lied down doing literally nothing and sat on a stone for over two hours contemplating life in its essence. When I came back to the tent, they were all back, already cooking, so so happy having climbed Kazbek. It was such a relief to see them back.

Nie ogarniam fizyki i tych wszystkich niesamowitych rzeczy, które dzieją się, gdy odpowiednio załamuje się światło, ale jest coś takiego, jak zjawisko widma w górach – tu słońce, tam chmura, do tego pewnie jeszcze coś – można zobaczyć swojego ducha. Co też czyni P., widoczny w oddali na zdjęciu poniżej.

I’m not very good with physics and don’t comprehend all those incredible things happening when the light hits clouds with the right angle, but this was just beyond awesome – the Brocken spectre. At one point, P. just rushed into the distance to take a picture of himself in these conditions… and he succeeded!

O, a tak zachodziło słońce. Widowiskowo.

And here’s the most beautiful sunset ever…

Podczas zejścia zdjęć nie robiłam – co chwilę coś się sypało spod nóg, raki nie trzymały się butów na lodowcu, kolana krzyczały „dość!”. Na 2500 m miałam już po dziurki w nosie tego całego schodzenia, schodzenie jest wstrętne i okropne w takich dawkach. Nic, tylko w dół. Im niżej, tym bardziej prawdopodobne jest skręcenie (albo i gorzej) sobie czegoś, bo coraz trudniej kontrolować uciekające i plączące się nogi. Nic fajnego. A, po drodze była jeszcze rzeka. Powiem tak – z prawie sześciogodzinnego zejścia, godzinę pochłonęły próby przekroczenia rzeki. Moje próby, bo M. i Mi. uporali się z nurtem w piętnaście minut. Ja byłam bliska załamania, najpierw próbowałam przejść rzekę sama, potem zdjęłam buty i trzymając za rękę jakiegoś pana, zanurzyłam nogę w wodzie, ale do w ogóle nie miałam dna a nurt szalał, potem M. zabrał mój plecak (ekhm, „zabrał” – czyli przerzucił na kamień w połowie rzeki, by po chwili zorientować się, na wierzchu był aparat), ja dostałam kije Mi., ale cóż z tego, nóżki za krótkie do siedmiomilowych skoków. Wędrowałam w górę i w dół rzeki po kilka razy, wreszcie zlitowali się nade mną jacyś chłopacy, pomogli przejść rzekę do połowy, skąd w akcie desperacji odważyłam się na szalony skok. Udało się.

Going down was no fun at all – I couldn’t force myself to eat breakfast (oh how I was cursing the sweet muesli…) so I didn’t have a lot of energy from the beginning, the crampons didn’t want to stick to my boots and after passing the glacier the way down was full of tiny stones which caused your legs go in all directions. At 2500m I had enough of the whole going down thing. Down, down, down. How long can it take? And the further down, the more probable twisting your ankle was as trust me, it was really hard to focus on each step any longer and control the situation. Oh, and there was the river. The traumatic experience from the way up came back like a bumerang. It was much worse this time though, with more water in the river and me freaking out about crossing it. Out of six hours that we spent going down, one hour was consumed by my attempts to get to the other side. Going up and down the river I was really hopeless. At some point I took my boots off and put foot in the water but within seconds my whole leg was in the river and only thanks to a man standing next to me on the stone I managed to get out of there. Then M. came to help me (well if you’re 2 metres tall you also have legs long enough to cross the river I guess), took my backpack, gave me Mi.’s sticks and showed a place to cross the river, but there was no way I would make it there with my short legs. Trust me, I was desperate. But crying doesn’t help in these kind of situations, sadly. I went up again and met some guys who helped me get half way through the river. Then another guy helped me a bit and then I took a deep breath and made the decisive jump. Uff. Finally.


Bez większych problemów dojechaliśmy do Tbilisi (notabene z tym samym kierowcą, z którym jechaliśmy do Kazbegi pierwszego dnia za 15 lari :)) i tym razem udaliśmy się na nocleg do naszego hosta z Couchsurfingu – Shawna. Shawn jest Amerykaninem, mieszka w Gruzji od dwóch lat i uczy angielskiego. Od początku było wesoło, bo Shawn mieszkał na ósmym piętrze, na które wjeżdżaliśmy windą, do której trzeba było wrzucić pieniążek, aby ruszyła. Co za kraj :)

Without serious problems we got back to Tbilisi (actually, with the same driver who took us to Kazbegi on the first day) and this time went to stay with our Couchsurfing host – Shawn. Shawn is an American living in Georgia where he teaches English. Staying with him was a lot of fun from the very beginning – the lift (or elevator, shall I say;)) which took us to the eighth floor needed a coin to take off. Absurd :)

Poniżej: targ staroci w Tbilisi. Czego tam nie było…

Below: antiques flea market. You could find literally whatever you wished there.


Tak. To jest Stalin. A gdyby komuś Stalin nie pasował…

Yes. That’s Stalin.

… to był i Lenin do wyboru. W uroczej czapce.

And if Stalin was not enough for you… there was Lenin as well.





Coś absolutnie genialnego – antykwariat w zamykanych budkach, nad rzeką. Przy kilku budkach się zatrzymałam, i muszę powiedzieć, że całkiem niezłą literaturę tam znalazłam. Była ‚Pani Bovary’ po francusku, były pięknie wydane rosyjskie bajki, był Szekspir w oryginale. I wiele, wiele innych.

A secondhand bookshop by the river. And I have to say, there were some great classics in Russian, French and English.





Poniższe zdjęcie nie odzwierciedla moich poglądów, gdyby ktoś miał wątpliwości ;)

The photo below does not represent my views, in case you have any doubts ;)

Mniam, mniam, mniam :)

Ahhh delicious.

Mówiłam już, że Racza to nasze ulubione miejsce na kulinarnej mapie Tbilisi? Mówiłam. Ale powiem jeszcze raz. Racza jest the best :) Dzień po powrocie z gór poszliśmy tam na kolację z K. i P., którzy schodzili z gór po nas. A potem różana shisha i docenianie tego, czego w górach nie ma. Oczywiście myślę o normalnym śniadaniu, po okropnym kakaowym muesli ;)

Have I already said that Racza is the best place on the culinary map of Tbilisi? Well, I have. So, once again: it’s the best. The day after we came back to Tbilisi we went to Racza for dinner with K. and P. who arrived in Tbilisi little later. And then we went to Shawn’s place for shisha and other things you appreciate after a bit of survival ;).


Wspominałam również, że mimo, iż rozdzieliliśmy się z pozostałą częścią naszej ekipy, to „gdzieś” i „jakoś” się spotkaliśmy – no właśnie. Na kawę, na wino, na pogaduchy. Z Markiem, Agatą i Adamem widzieliśmy się w Tbilisi po powrocie z gór.

I already mentioned that even though our group split on the second day, we managed to meet up later on. For coffee, wine, to wander around. So we met with Marek, Agata and Adam in Tbilisi right after coming back from the mountains.

gruzja-002

gruzja-003

gruzja-004

gruzja-005

I taki uroczy akcent na koniec części szóstej gruzińskich opowieści.

Don’t know what to think about it, but that’s Tbilisi, deal with it ;).

Reklamy

13 uwag do wpisu “Georgia & Armenia / 6

  1. Nie jestem górołazem więc nie ma opcji, żebym weszła na jakąkolwiek górę, ale już samo stanięcie u stóp Kazbeku było ciekawe. W szczególności, że góra na wieczor cała mi się odsłoniła :)

  2. góry niestety są poza moim zasięgiem, nadrabiam oglądaniem zdjęć u innych. tam to tak niesamowita przyroda że chce się zostać jak najdłużej. p.s. część kulinarna interesuje mnie w związku z tym znacznie bardziej :)))

  3. A co się koleżance w nos stało? Kolejny raz się powtórzę ale uwielbiam, naprawdę uwielbiam Twoje zdjęcia. Mają w sobie duszę. Szkoda, że nie udało Ci się zdobyć szczytu, ale zawsze jeszcze możesz wrócić :)

    • Koleżanka sobie nos odmroziła na Kazbeku ;-)
      Bardzo mi miło z tymi zdjęciami! Muszę analoga z kąta wyciągnąć, bo zalegają mi na nim zdjęcia z Włoch :)
      A na Kazbek zamierzam wrócić, tylko mam traumę z tą rzeką :D

  4. Tak myślę o tym wejściu na szczyt, o chorobie wysokościowej, i dochodzę do wniosku, że to była dobra decyzja. Ja też parłbym na przód i chciałbym wejść za wszelką cenę, ale kurde, zdrowie to zdrowie! W rejon Kazbegi jeszcze nie dotarłem, jednak przyznam, że planuję. Mam przyjaciela Gruzina, więc okazji będzie jeszcze wiele. Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s