Gruzja & Armenia / 8

Trudno zabrać się do pisania o upalnej Armenii, gdy za oknem nie więcej niż dziesięć stopni i wielka szarość. Patrzę na zdjęcia z Kraju Soczystych Owoców i zastanawiam się, czy tamto słońce mi się nie śniło. Chyba jednak nie – gdyby tak było, to nie rozchorowałabym się zaraz powrocie do zimnej Polski.

Po dniu słodkiego lenistwa ruszyliśmy zwiedzać Armenię. Najpierw pojechaliśmy marszrutką (a jakże) do Echmiadzin (polska nazwa – Eczmiadzyn, ale jakoś mi nie pasuje). Miasto położone jest zaledwie kilkanaście kilometrów od Erywania, podróż trwa pół godziny. To trochę taki armeński Watykan – siedziba Katolikosa, najwyższego patriarchy Kościoła Ormiańskiego. Katedra w Echmiadzin (5 i 6 zdjęcie) pochodzi z samego początku IV w. i jest najstarszym kościołem w Armenii. Katedra jest częścią większego kompleksu świątyń, znajdującego się na liście UNESCO.

It is a real challenge to get myself to sit down and write about the boiling hot Armenia while the temperature outside does not exceed ten degrees now and everything is covered in a grey fog. Looking at pictures from this far-away country, I am wondering whether its sun was not just a dream. Well, probably not – if it was, I would not get ill right after coming back to Poland.

After a day of sweet laziness we decided to see a bit of Armenia. First we took a marshrutka (of course, what else could we take?) to Echmiadzin. It lies only about 15 km outside of Yerevan and it takes half an hour to get there. Echmiadzin could be called an Armenian Vatican – it is where Katolikos, the Armenian Church patriarch, resides. The main Echmiadzin cathedral (fifth and sixth photo) comes from the 4th century and is the oldest church in Armenia. It is part of a larger complex of cathedrals and churches on the UNESCO list.







Za tą bramą znajduje się siedziba Katolikosa – nam, zwykłym śmiertelnikom, nie dane było tam wejść :)

Behind the gate in the picture below is Katolikos’ residency.


Mieliśmy szczęście, ponieważ w jednej ze świątyń odbywał się chrzest dwuletniej dziewczynki. A dokładniej, przyjmowała ona jednocześnie trzy pierwsze sakramenty.

We were quite lucky, because in one of the churches a baptism ceremony was taking place. Actually, she was given three sacraments at once:).



Następnie wróciliśmy do Erywania (to osobna historia – nie było marszrutek powrotnych, ludzie stali na chodniku, podjeżdżały osobowe, nieoznakowane samochody, które, jak się później dowiedziliśmy, były „nieoficjalnymi taksówkami” i był to jedyny sposób powrotu do stolicy) i tam, ze stacji Sasuntsi Davit pojechaliśmy autobusem (tak! nie marszrutką;)) do Khor Virap. To znaczy – autobus zatrzymał się siedem kilometrów od Khor Virap. Prażyło słońce, wokół była prawie pustynia, przed nami pusta droga. Co ciekawe, co kilkanaście kroków, to po jednej, to po drugiej stronie, pojawiał się sklep. Oczywiście z parasolem Coca-Coli. Jakaś babuszka na migi pokazała nam, że koniecznie mamy założyć coś na głowę – posłusznie zawinęliśmy włosy albo łysiny w chustki. Perspektywa drałowania przez najbliższą godzinę w tym skwarze nie zachwycała, ale staraliśmy się podejść do tematu na wesoło, a po chwili postanowiliśmy łapać stopa. W tym momencie pojawił się kierowca, który za 500 dram (4 złote) zawiózł nas do samego Khor Virap.

Then we went back to Yerevan and from the Sasuntsi Davit station took a bus (not a marshrutka this time ;)) to Khor Virap. To be precise – the bus stopped seven kilometres from Khor Virap. The sun was burning the ground (and our heads – an old woman we saw on the road started lamenting over our lack of hats so we quickly put something on our heads), the landscape around was desert-like and we had a long, empty road ahead of us. Interestingly, every fifty metres there was a small shop with a Coca Cola banner. No clients though. After fifteen minutes walking we decided to hitch-hike. The problem was, there were hardly any cars on the road… but the moment we made up our minds, a car miraculously appeared and for 500 dram (1 euro) the guy drove us to Khor Virap.

Mi. tylko wyjrzał za mur i stwierdził, że „tam nie ma nic ciekawego”. Ja jednak postanowiłam sama się przekonać, co za murem się kryje. Otóż za murem była górka. Uznałam, że z górki może być ładny widok i zaczęłam się na górkę wdrapywać. Dodam, że byłam w sandałach. Sportowych bo sportowych, ale sandałach. Byłam dwa kroki od szczytu, gdy przypomniałam sobie, że przecież w Armenii są żmije. Wokół pusto, kamienista górka w palącym słońcu, a ja beztrosko pomykam w sandałach. Wydałam wewnętrzny pisk i ile sił w nogach zbiegłam z górki.

Mi. gave a quick look outside the walls of Khor Virap and announced that „there’s nothing interesting out there”. I, on the other hand, decided to check it myself. So, there was a hill. I thought that it could be worth getting on top of it to see the view (and hopefully, Ararat). So (wearing sandals) I climbed the hill and was just about to enjoy the view (or be quite disappointed with it) and that very moment I remembered that there are vipers around. Panic attack, as you can imagine. No one around, the hill fully exposed to the sun, and me alone. I gave an inner scream and rushed down. No face-to-face viper confrontation, luckily.

Khor Virap to w dosłownym tłumaczeniu „głębokie lochy”. I faktycznie, są tam lochy, do których można zejść po pionowej drabince. Ciasno jest i nieswojo, gdy się schodzi. Można sobie tylko wyobrazić, co czuł św. Grzegorz Oświeciciel, założyciel Kościoła ormiańskiego, więziony tam przez trzynaście lat. Na tablicach wokół kościoła opisana jest historia św. Grzegorza oraz początków chrześcijaństwa w Armenii, jednak jest to coś tak zawiłego (ale bardzo ciekawego), że odsyłam do angielskiej wikipedii.

Khor Virap literally means „deep dungeons”. There actually are dungeons, where one can go and feel a bit of the scary atmosphere. Very little space and darkness make it rather uncomfortable so if you have claustrophobia it is worth thinking twice before you go down. One can only imagine what Saint Gregory the Illuminator (the founder of the Armenian Church) felt when he had to spend thirteen years in the dungeons. Thirteen years. Geez. The history of Christianity in Armenia is fascinating but so complicated that I’d recommend you to dig into it on your own.

Teoretycznie z Khor Virap, które znajduje się przy strefie przygranicznej z Turcją, powinniśmy widzieć Ararat. Tja. Powtarzam, te urocze widoczki na pocztówkach to jedna wielka ściema. Widzieliśmy zarys podnóża Araratu – tak gęsty jest w Armenii smog. No ale jak to, być w Armenii i nie mieć na zdjęciu Araratu? Kupiliśmy sobie po pocztówce i wybraliśmy się w drogę powrotną – tym razem przez piętnaście minut szliśmy pieszo, po czym na drodze, którą śmiało mogę nazwać drogą donikąd, pojawił się autobus. Ot, autobus – pomyśleliśmy. Ale autobus zatrąbił, zatrzymał się i wyraźnie na nas czekał (no bo na kogo innego na tym końcu świata). Okazało się, że autobus jedzie prosto do Erywania! No i niech mi ktoś powie, że to przypadek był. W autobusie nawiązaliśmy konwersację (M. nawiązał, bo ja załapałam się tylko na trzy lata rosyjskiego w podstawówce, co wystarcza mi, żeby rozumieć rozmowę, ale niekoniecznie się w nią angażować) z pewnym małżeństwem. W pewnym momencie wyraziliśmy zachwyt armeńskimi owocami, na co państwo zaczęli wyciągać z torby małe jabłuszko i nas częstować. Spojrzeliśmy po sobie z lekkim przerażeniem – no bo jak to, brudne owoce… ale co było robić, nie wypada nie zjeść. „Może od jednego małego jabłka nic mi się nie stanie” – pomyślałam. W tym momencie, państwo zaczęli wyciągać z torby kiście winogron i wpychać nam je do rąk. Powoli jedząc (pyszne były…) stwierdziliśmy, że chyba trzeba będzie wybrać się wieczorem do sklepu po coś mocniejszego niż cola do odkażenia, bo to się może źle skończyć. Skończyło się dobrze ;)

If you type ‚Armenia’ in Google Images or any other browser, most of the images you will get will have the Ararat mountain as their background. That’s the image of Armenia I had in my mind before coming to the country. For some reason I believed that you can see Ararat from pretty much everywhere in Armenia… how naive. The truth is, you have to be very lucky to see Ararat, even from Khor Virap which lies almost at the border with Turkey, right in front of Ararat. Davit, our host in Yerevan, told us that sometimes it is possible to see Ararat from the capital, but only with the perfect weather conditions and from the top of high buildings. We were not lucky enough and there was definitely too much smog at the time. So we ended up buying postcards with Ararat :). We had more luck with getting back to Yerevan though – after fifteen minutes of walking, a bus appeared on the empty road. As we were told before that there is no regular transport from Khor Virap to Yerevan, we completely ignored it. But the bus stopped on the road, in the middle of nowhere, and it looked as if the driver was waiting for us – well, there was no one else there. We were a bit confused and wanted to kindly say „thank you for waiting, but we are going to Yerevan”, when we were told that the bus is going directly to the capital. Oh how happy we were! There are no coincidences. On the bus we got into a conversation with an Armenian couple. At one point we said something about the delicious Armenian fruit… and that very moment the man smiled and said something to his wife. And suddenly, very enthusiastically, she gave as an apple each. I looked at Mi. with panic in my eyes – we’ve heard too much about eating unwashed food, especially in new places, where you „don’t know” the bacteria. But what choice did we have? It would be impolite to refuse. So we ate the apples. And then they gave us more. And then they gave us grapes. Delicious, but… I gave a look of despair to the guys, we all gave a sigh and M. just whispered „Well, we’ll have to buy something strong to disinfect ourselves in the evening”. And so we did. No one got sick :-).

Wieczorem nasz host (bardzo zdziwiony, że nie zgubiliśmy się w drodze do Khor Virap;)), usłyszawszy, że chcemy iść na piwo, postawił sobie za cel zaprowadzenie nas do prawdziwego armeńskiego pubu. Kluczyliśmy wśród uliczek znanych tylko mieszkańcom stolicy, by wreszcie trafić do pubu… który okazał się chińsko-afrykański ;).

In the evening Davit, after we told him that we would like to go for a beer, ambitiously decided to take us to a proper Armenian pub. But apparently all the „Armenian” places were either closed or had concerts taking place, so after an hour of wandering around we ended up in a… Chinese-African pub :).


Na koniec nocny spacer na Kaskadę z widokiem na pięknie oświetlony Erywań.

For a nice ending of the day – a walk up the Cascade to see the beautifully lit Yerevan.


Tym, którzy stęsknili się za opowieściami i zdjęciami z gór, zapowiadam – w następnym odcinku znów góry, tym razem armeńskie :)

For all of you who miss stories and pictures from the mountains – in the next part we’re going back to the mountains, this time Armenian :).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s