Gruzja & Armenia / 9

Po kilku dniach na nizinach (o ile w Gruzji i Armenii można w ogóle mówić o „nizinach”) zatęskniliśmy za górami. A dokładniej – ja zatęskniłam, chyba przede wszystkim dlatego, że zależało mi na zdobyciu jakiegoś szczytu, skoro na Kazbek nie udało mi się wejść. Wybór padł na Aragats w Armenii. Dosyć naiwnie uwierzyliśmy szemranym źródłom (sama już nie wiem jakim) podającym, że tamte rejony są ciepłe i w okolicach szczytu jest kilkanaście stopni na plusie. W związku z tym nie braliśmy długich spodni (resztki rozumu podpowiedziały mi, żeby do spania wziąć termiczne getry) i ciepłych bluz (resztki resztek rozumu podszepnęły, że może chociaż merynosa warto zabrać) i pojechaliśmy w góry z niemal pustymi plecakami. Dźwigaliśmy tak naprawdę tylko namiot, śpiwory i wodę.

After a couple of days in the lowlands (well if there is such a thing as real ‚lowlands’ in Georgia and Armenia) we realised that we miss being up in the mountains. To be precise – I was the one missing mountains, probably mostly because I wanted to climb at least one peak after giving up my ambitions in the Kazbek base so we chose the mountain Aragats in Armenia for our goal. We naively believed someone who told us (or maybe I read it on the Internet) that climate in the region is warm and that the temperature at the peak (4000m) is around 12-15 degrees. It should have sounded absurd enough to us to make us double check the information, but I guess the overall climate in Armenia made us believe it. Therefore we took the absolute minimum of clothing and gear. No long trousers (intuition made me take thermal leggings and merino blouse with me), no jackets, we left Yerevan with almost empty backpacks. All we had were pretty much out tent, sleeping bags and water.

Do jeziora Kari Lich (3200 m n.p.m., zdjęcie poniżej) trudno dojechać jakimś regularnym środkiem transportu. Na szczęście w Armenii taksówki są bardzo (z naciskiem na „bardzo”) tanie. Za 65 kilometrów (z czego połowa po górskich drogach) pokonane w ponad dwie godziny z Erywania, zapłaciliśmy 8000 dram, czyli około 65 złotych. Po drodze moc atrakcji, między innymi przepychanka – mijanka ze stadkiem owiec. Owce były urocze i machały pięknie pupkami, kiedy uciekały w popłochu przed samochodem. Do atrakcji zaliczam również rozmowę z taksówkarzem, który opowiedział nam armeńską wersję historii Karabachu – po rewolucji bolszewickiej Lenin dał Karabach na dwadzieścia lat Azerom, bo nie mieli żyznej ziemi, ale potem Stalin zostawił Karabach Azerom, no i trzeba było walczyć o swoje.

It is a bit difficult to get to the Kari Lich lake (3200m) from which the hike starts. The only way (well, there’s never an „only” way but unless you or someone you know has a car, that’s actually the only way) to get there is by taxi – either from Yerevan or somewhere mid-way, though from what we saw later it wouldn’t be easy. Luckily, taxis in Armenia are very (and I do mean that) cheap. For a two hours 65 km drive (half of which was in the mountains at 3000m) we paid 8000 drams, which equals 15 euros. Divided by free – it’s ridiculously cheap. Driving in the mountains was an adventure, I have to say. The car was a city car and a couple of times I was sure we’re not going to make it to Kari Lich as the car simply stopped and „refused” to go. But somehow it did. On the way we saw nomadic houses (I’m not even sure if they were nomadic, but very primitive and simple, not even houses, just places to live) with no electricity or whatsoever. Meanwhile the driver told us the history of Karabakh (where we did not go after all), but I’m pretty sure it was a purely Armenian version of it – after the bolshevik revolution, Lenin gave Karabakh to the Azerbaijani for twenty years to make up for the fact that they did not have good soil, then Stalin left things as they were, so that Armenians had to fight it back. Well…



Kari Lich to punkt startowy, jeśli chcemy zdobyć Aragats. Aragats to góra (a w zasadzie masyw) pochodzenia wulkanicznego. Posiada cztery wierzchołki (najwyższy północny – 4095 m, zachodni – 4007 m, wschodni 3916 m, południowy – 3890 m), jednak przejście od jednego na następny i kolejne to nie takie „hopsa-hopsa”, jak nam (mi?) się wydawało na początku.

Kari Lich is the starting point for climbing Aragats. It’s a volcanic mountain with four peaks (northern – 4095m, western – 4007m, eastern – 3916, southern – 3890m). But it’s not like you jump from one to another and climb all four easily at once… For some reason I imagined the peaks to be much closer to each other than they really were.

Armeńskie góry, po alpejskich widokach w Gruzji, nie zachwycają. Po prostu… nuda. Skoro jednak już tu przyjechaliśmy, to nie wypada nie spędzić tu chociaż dnia. Nie może być za łatwo – rozglądamy się na wszystko strony, ale nigdzie nie widać szlaku, lub czegokolwiek, co by szlak przypominało. Ścieżkę chociaż. Ścieżynkę. Marne nadzieje, nic takiego w zasięgu wzroku nie ma. Jakieś dwie dziewoje bez ekwipunku poszły w lewo (no, jakaś droga była…), nam jednak pagórki „w prawo” bardziej przypadły do gustu. To był błąd. Po chwili trawiaste pagórki zamieniły się w kamieniste usypiska i zbocze wielkich skalnych bloków. Zawsze twierdziłam, że uwielbiam skakać po głazach, ale chyba zmieniłam zdanie. Półtorej godziny zajęło nam dojście do przełęczy, z której dojrzeliśmy w oddali da białe punkciki – dziewczątka bez ekwipunku… Zapychając się lawaszem z nutellą, uradziliśmy, że owszem, trzeba kierować się w stronę punkcików, oraz że strasznie, ale to strasznie nam się nie chce.

Armenian mountains, after the divine alpine-like mountains of Georgia, are not very impressive. They are… boring. However, it would be a bit immature to leave without even trying to do a little hike. Hiking in the Armenian mountains is not easy though. We’re trying hard, but can’t find any signs. We have two maps on Mi.’s phone and one simplified drawing explaining in which order to climb the four peaks of Aragats, but these are not very helpful at the moment. There is no visible path, just grass and rocks everywhere. We see two girls (no backpacks or equipment) going to the left, but they don’t look „pro” enough and we decide to trust our intuition and go to the right. Mistake. After a while the grass disappeared and we were climbing steep, rocky hills, which seemed to have no end. I’ve always said that I love this kind of rock jumping but after an hour and a half of paying attention to every little step I made, I changed my mind. When we arrived to the pass, we saw two white figures far in the distance. Yes. The two „not pro enough girls”. Cause we are so pro, you know. We stuffed ourselves with lavash and nutella and decided that we probably should try to get where the girls are and maybe find a path there. And we agreed that we’re feeling very, very lazy. So lazy. I’ve never felt that lazy in my life.

M.: No i co, jakie są nastroje?
(cisza)
E: Erm… tak szczerze? Bo tak szczerze, to w ogóle mi się nie chce.
Mi.: No… mi też się nie chce.
M: Tak prawdę mówiąc, to mi też nie.

M: So, how are we feeling?
(silence)
E: Erm… honestly? Well honestly, I don’t feel like doing anything.
Mi.: Well… me neither.
M: To be honest, me neither.

Postanowiliśmy jednak zdobyć choć jeden z wierzchołków zanim wrócimy do Erywania. Jakoś udało nam się dotrzeć do „szlaku” (czyt. ścieżki, która to pojawiała się, to znikała, a nawet jak się pojawiała, to prowadziła po kamienistym zboczu, gdzie ciężko było wyodrębnić drogę) i zaczęliśmy właściwe podejście. Zmęczyło mnie nieustanne patrzenie pod nogi i wypatrywanie żmij, stwierdziłam, że jest dla gadzin za zimno (wspominałam już, że zrezygnowaliśmy z ciepłych ubrań?) i na pewno żadnych tu nie ma. W tym momencie spotkaliśmy grupę Polaków schodzących ze szczytu, którzy poradzili nam, żeby uważać na żmije i jadowite pająki (!). No jasne, jakby żmije to było za mało. Znowu uważne stawianie każdego kroku… zero przyjemności chodzenia po górach.

We decided to climb at least one of the peaks of Aragats though, as it would be a shame not to. Somehow we managed to find the path (hardly visible though) and we started the final climb. I got tired of looking at the rocks in front of me and freaking out as we’ve been told that there are many vipers in Armenia, so I figured out that it must be too cold for vipers to be there and for a moment I actually even enjoyed the hike. Soon we met a group of Poles going down and in a short chat they advised us to be careful because of the vipers (no comment) and as if it wasn’t enough, because of poisonous spiders. !@#$%^&*! Again – carefully making each step, no pleasure at all from being in the mountains.

Z przełęczy pod południowym szczytom jest zaledwie kilka minut na górę (może kilkanaście, ale ja, widząc szczyt, dostaję zawsze niesamowitego przyspieszenia; tak było i tym razem – niemal wbiegłam na górę). Prawie 3900 m, smak zwycięstwa, zdjęcie z samowyzwalacza, oczywiście z flagą. Przed nami północny szczyt – piękny, trzeba przyznać, ale daleko okrutnie. Jesteśmy wyjątkowo zgodni w naszym tumiwisizmie i postanowiamy schodzić. Spotykamy jeszcze grupę czterech Czechów i jedną Polkę; Czesi też mają ze sobą flagę swojego kraju, robimy węc wspólne zdjęcie i ustalamy, że już wybaczyliśmy Czechom wynik meczu podczas Euro.

We arrived at the pass from which there is maybe ten minutes up to the peak – when I see the peak I always get so excited that I want to run immediately – which happened this time as well, I almost forgot about the vipers ;) and was the first on top. Almost 3900m, the taste of victory, a few pictures, of course with the flag. And the northern peak in front of us – so far… We’re all in the „whatever” mood and decide to start going down. But before that we meet a group of four Czechs and a Polish girl. The Czechs also have a national flag, so we take a picture together and agree that we’ve forgiven the Czechs the result of the Poland-Czech Republic Euro 2012 game.



Rozbijamy się pół godziny od Kari Lich na zachęcającej ku temy polance (oprócz porozrzucanego białego pierza – zastanawiamy się, co kogo zjadło…). Idealny timing, bo wkrótce zaczyna kropić deszcz, a w oddali zbierają się burzowe chmury. Rozgrzewamy się liofilizą i uciekamy z herbatą do namiotu – u nas pada, nad jeziorem burza na całego.

We pitched our tent half an hour from Kari Lich. The place was nice except for some white feathers lying around (we spent the evening debating about the possible animal fight before we arrived)… We had perfect timing as it started raining soon and storm was coming. No time for tea outside, we had to rush to the tent before we would get wet. Also, the location was perfect – we could hear and see the storm, but it was far enough from our tent. It wouldn’t be that safe at the lake.


Rześki poranek i śniadanie mistrzów – Mi. zanurkował w plecaku i znalazł truskawkową kaszkę Bobovita oraz jedną Słodką Chwilę. Gdyby nie to, byłoby kiepsko. Oprócz tego mieliśmy snickersy, ale na tym etapie wyjazdu nie mogliśmy już na nie patrzeć. Pakujemy się i schodzimy do jeziora. Tam mamy nadzieję złapać jakiś transport – może taksówkę, która przywiezie turystów do Kari Lich. Nic jednak nie przyjeżdża. Kilkanaście metrów od nas stoi piękny Land Rover… na polskich rejestracjach. Żartujemy, że może jacyś Polacy będą schodzić z gór, ale jest to mało prawdopodobne. Po chwili widzimy parę zmierzającą w kierunku „parkingu”. „To pewnie Niemcy, nie wyglądają na Polaków” – stwierdza M. Rzucamy zdawkowe „hi!” i oddajemy się machaniu nogami na murku. Ale uwaga… państwo podchodzą do Land Rovera! Mi. przytomnie rzuca po polsku „dokąd jedziecie?” i ku naszej radości okazuje się, że para jedzie do głównej drogi, skąd moglibyśmy złapać stopa lub marszrutkę do Erywania. Wskakujemy na pakę i jedziemy :) Po drodze wymieniamy się spostrzeżeniami na temat Gruzji i Armenii oraz podróżowania w ogóle. Gdy okazuje się, że nasz kierowca (wykładowca na AGH) i jego żona byli dwa razy w Karakorum, mam ochotę kupić bilet do Pakistanu już tego samego dnia. Zresztą, gdzie oni nie byli… Nepal, Peru… Karakorum to jednak moje marzenie od dawna i ta rozmowa tylko mi przypomniała, jak bardzo chcę tam pojechać.

Breakfast of the champions – Mi. found a pack of strawberry Bobovita semolina and a pack of jelly. Without these we would be lost – we had two Snickers bars, but trust me, at that point we were not able to look at them without getting sick. We packed our stuff and went down to the lake where we hoped to get transport to the main road from where it would be easier to get to Yerevan. It’s 9am, nothing’s coming – well, not really surprising. A few meters from where we’re sitting, a big Land Rover is parked. With Polish registration numbers. Yea. We’re joking that in a few minutes some Poles will be coming from the mountains, which is of course not very probable. After ten minutes we see a couple coming in our direction. They look like rich Germans („They don’t look Polish, they’re probably German” – M.) so we just say „hi!” and keep doing nothing. But… they go to the Land Rover, open the doors… I am too surprised to say anything but Mi. approaches them and asks, in Polish, where they’re going. And they’re going to the main road, where we want to get! The problem is that there are only two seats and the back of the car is filled with boxes and everything needed for a road trip, but hey, it’s not a problem for us! We jumped into the car, ready for some fun. It turns out that the man is a lecturer in Cracow; the couple has already been to Karakorum twice (my dream destination!), to Nepal, Peru…

Na głównej drodze M1 łapiemy taksówkę do stolicy i za 4000 dram (utargowane z 6000) docieramy do „domu”. Obiad tego dnia jest prawdziwie międzynarodowy – gotujemy polsko-armeńsko-włoską carbonarę z sosów Knorra z armeńskim mięsem na kebab i masą ziół, zaś nasz host Davit przygotowuje zupę z matsun.

On the main M1 road we get a taxi to Yerevan and for 4000 drams (negotiated from 6000) we get „home”. The dinner that day is really international – we made a Polish-Armenian-Italian carbonara with Knorr sauces and Armenian kebabi meat, Davit cooked the delicious matsun soup.

Wieczorem znów Kaskada, tym razem z Gosią i Andrzejem. Po raz drugi też przepyszne lody w Marriocie. Na koniec takie spostrzeżenie: czego ja czego, ale aptek w Erywaniu nie brakuje. Przysięgam, na każdej ulicy jest kilka, jeśli nie kilkanaście, aptek całodobowych. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Prawie tyle samo jest kwiaciarni i salonów sukien ślubnych. Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni ten fenomen.

In the evening we climbed the Cascade again – this time with G. and A., who were still in Armenia. And we went to Marriott for ice cream again – sooo good.

One final remark… Yerevan may be lacking a some things but trust me, it’s not pharmacies. There is a pharmacy every few metres in Armenia’s capital. I swear. And almost as many florists and wedding dresses salons. I have no idea why, but that’s how it is in Yerevan. Any ideas?


Reklamy

10 uwag do wpisu “Gruzja & Armenia / 9

  1. Armenia do zaliczenia w tym roku, koniecznie z jakimś szczytem! Ten na zdjęciu wygląda pięknie, ale węże i pająki to coś, co pewnie skutecznie mnie zniechęci do jakichkolwiek górskich wędrówek…

  2. Wspaniale! Takie krajobrazy! Myślę że pojechać do Gruzji i nie wspiąć się na żadną górkę, to trochę szkoda… Także zazdrościmy!

  3. Armenia…to brzmi ciekawie…i jakoś romantycznie ;-) Ja po górach chodzę, ale na 3900 jeszcze nie byłam….czyli w drodze na szczyt nie ma żadnych trudności? ekspozycji i wspinanieasię po skałach? super opisujesz wyprawę,czytając takie teksty…..czasem żałuję,że nie mam faceta z którym mogłabym w takie dzikie tereny pojechać, tam sama chyba bym się bała…..

    • no to jest takie dziwne 3900 ;) w sensie – właśnie bez ekspozycji i trudności. tup tup tup do góry :) takie nasze 2000 tatrzańskie.
      ja na szczęście miałam dwóch znajomych dla bezpieczeństwa (bardziej tego psychicznego komfortu, bo tam nie za bardzo było czego się bać), bo też – przynajmniej wtedy – bym raczej sama nie jechała, tym niemniej polecam :)

  4. Nie jestem górołazem, na Kazbek nie weszłam, ale stałam tam na dole z rodziawioną paszczą i wpatrywalam sie w jego czubek. Wlazłam wyżej, pod cerkiew, nadal zachwycona górskim krajbrazem… To, co mi się tutaj podoba, to klimat zdjęć, nawet jeśli góry mniej spektakularne :)

  5. To taki rodzaj wyprawy, a który totalnie bym się pisała. Góry, surowe krajobrazy, namioty… Chyba powinnam rozważyć jakąś wycieczkę w góry w najbliższym czasie, bo aż mi się zatęskniło czytając Twój post :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s