Gruzja & Armenia / 10

Po kilku dniach w słonecznej Armenii czas wracać do… słonecznej Gruzji. Dzień powrotu – niedziela – to w mojej pamięci seria dynamicznych obrazów; obrazów przewijających się jak w starym kinie, gdzie skrzypią siedzenia i trzeszczą filmowe rolki. Albo raczej – jak na karuzeli, gdy ostrość koncentruje się na pierwszym planie a reszta to rozmazany obraz, choć bardzo świadomie rejestrowany i przetwarzany. 11.00, wsiadamy do marszrutki w Erywaniu, marszrutki wyjątkowej, bo jadącej według planu, na zamówienie i zapisy. W marszrutce żołnierze, w tym jeden, który służył w Iraku i opowiada o poznanym tam polskim żołnierzu, armeńskim koniaku i skutkach jego konsumpcji („no to mozemy na Talibów…”). Przystanek. Dzielimy wiatę i stół z żołnierzami, którzy częstują nas Fantą (cóż za odmiana po dwóch tygodniach Coca-Coli) i cienkim lawaszem. Lawaszem, który można przechowywać do czterech miesięcy!

After a few days in the sunny Armenia it was time to go back to sunny Georgia. Yerevan, 11 am, we hop on a marshrutka – a special one, because contrary to our previous experience, this bus was supposed to depart according to a fix schedule and we could actually book seats earlier! And what a wonderful company we had… Armenian soldiers going for a training to Georgia. They have served in Iraq where one of them met a Polish soldier so we heard some stories about drinking Armenian alcohol and the consequences of that. As you imagine, a fun ride it had been. The soliders were very nice and during a ‚lunch break’ invited us to share food with them. So we tried the original Armenian lavash which, as they said, can be stored up to four months – all you had to do is put some water on it and voila, ready to eat!

Po ponad trzech godzinach jazdy – granica. Paszport, rzeka, nad rzeką most, „co by było, gdyby nam teraz te paszporty do rzeki wpadły?”, wszyscy przekładamy dokumenty do drugiej ręki. Hurra, Gruzja! Czuję się, jakbym wracała do domu. Czekamy długo na irańską rodzinę – tym razem to nie my opóźniamy odjazd z powodu braku wizy. Irańczycy wreszcie pojawiają na schodach, możemy jechać. Po dwóch godzinach jesteśmy w Tbilisi.

Then, after over three hours of driving, we arrived at the border. Crossing the river (which is a natural border) we cautiously put our passports aside as stupid thoughts like „what would happen if our passports fell down now?” came to our minds. So, hello Georgia! It felt as if we were coming back home. Sitting in the sun, we were waiting for an Iranian family – oh the national issues… But finally they appeared on the Georgian side and we all hopped on the bus again. Two hours and welcome back to Tbilisi!

To teraz trochę kościelnych statystyk. W Tbilisi są dwa katolickie kościoły, w jednym z nich polski proboszcz. W Gruzji katolików jest około 50 tysięcy, a więc 1 procent. No ale skoro jest niedziela, jest kościół (bardzo blisko Raczy;)), jest polski proboszcz… to uzasadnione jest przypuszczenie, że będzie msza, może nawet po polsku, o godzinie 18.oo. Figa z makiem, msza jest jedna w ciągu dnia i to o 12.oo, zaś proboszcz gdzieś pojechał. W takich sytuacjach przybywa sam biskup (włoski biskup w Gruzji, mówiący po włosku, gruzińsku i francusku – i weż tu się człowieku dogadaj ;)) i wydaje zgodę na mszę. Trochę byliśmy zdziwieni, ale w tym kraju można się szybko do pewnych, nazwijmy to, anomalii, przyzwyczaić.

Regarding some statistics… there are only two catholic churches in Tbilisi and one Polish priest who is a parson of one of the churches. There are around 50 thousand catholics in Georgia, which amounts to one percent of the population. This data may not seem very optimistic, but we assumed that as it was a Sunday and we found the church where the Polish priest resided, chances were high that there would be a (hopefully Polish) mass at 6 pm. How naive of us… it turned out that there is only one mass on Sunday and it was at 12. To make things worse, the Polish priest was gone. But imagine what happened: with the help of a Georgian girl we called the bishop (yes, the b i s h o p) who gave us permission to have the mass in the church. We were a bit surprised, but c’mmon, it’s Georgia, things like that happen :).

Na dobry koniec dnia – kolacja. Oczywiście w Raczy. I tu niespodzianka – skończyło się czerwone wino. Nieświadomi tego, czym zostaniemy uraczeni (o ironio), decydujemy się na wino białe. Błąd. Jeśli ktoś zostanie postawiony w takiej sytuacji, niech nie zastanawia się długo i bierze piwo. W najgorszym razie lemoniadę (a jest obrzydliwa). Nasze wino smakowało jak woda z ogórków, jak stwierdził M. po pierwszym łyku. Ale przecież nie wylejemy… zmęczyliśmy dzbanek tego paskudztwa (choć mnie raczej zmęczył dzbanek, bo przy ostatnich kilku łykach skapitulowałam i zostawiłam trochę wina).

To finish the day, we went for dinner – to Racha, obviously. We were quite disappointed with the fact that there was no red wine (how come?!) so we easily agreed to wine (instead of the rational choice which would be beer). Let me put it like this: I thought that I liked white wine. Well, I was mistaken. The wine tasted like cucumber water. But we couldn’t give up, right? So we fought a successful battle with a litre of the white wine – though I couldn’t force myself to drink the last few sips. So imagine how bad it was…

Jestem niemal pewna, że między innymi to właśnie po przeżyciach z białym winem, grubo po 22:00 dopadł nas głód Colkowy. Poszliśmy z Mi. na nocne poszukiwanie sklepu, który byłby otwarty i zaopatrzony w dużą, zimną (koniecznie) Colę. Sklep dość szybko się znalazł, zaś sprzedawczyni nie omieszkała wykorzystać nawet takiej sytuacji o takiej porze, by zapytać, jak nam się podoba Gruzja. Kocham ten kraj.

Następnego dnia ruszamy się z Tbilisi i jedziemy do Sighnagi (marszrutka – 6 lari w jedną stronę).

I am quite sure that partly because of the traumatic white wine experience we became desperate to get some Coke. Hence me and Mi. went to explore the are by night to find an open shop… success. Even that late, the lady behind the counter was eager to chat with us and ask how we liked Georgia. I love this country.

The following day we decided to go outside of Tbilisi and see Sighnagi (6 lari for a one way marshrutka).

Sighnagi to stolica Kachetii – regionu słynnego z produkcji wina. Miasteczko położone we wschodniej części Gruzji jest maleńkie, wikipedia podaje, że dziesięć lat temu liczba mieszkańców nie przekraczała 2200. Nietrudno się domyślić, że funkcjonowanie Sighnagi opiera się na turystyce. Miejsce jest przepiękne, bardziej przypomina włoskie miasteczka niż te typowo gruzińskie. Oplecione winoroślami domy, wąskie kręte uliczki i unikatowa architektura – nie sposób nie polubić Sighnagi. Warto odwiedzić cerkwie św. Jerzego oraz św. Szczepana… i nie zdziwić się, gdy na naszej drodze pojawi się staruszek, wyciągający dłoń po jedno lari za świeczkę, jedno lari za wejście na wieżę, a może i jedno lari za coś więcej – my po zakupie świeczek kontynuowaliśmy zwiedzanie Sighnagi na własną rękę.

Sighnaghi is the ‚capital’ of the Kakheti region in eastern Georgia, famous for wine production. Hence, quite logically, economy of the region is based on tourism (what else could you do if you lived in a town numbering 2200 inhabitants?). Sighnaghi is beautiful and to be honest resembles small Italian towns rather than Georgian ones. It’s really hard to resist Sighnaghi’s charm with its narrow streets, unique architecture and wine growing everywhere. Sites worth visiting are the 18th century fortifications and two Georgian Orthodox churches (St. George’s and St. Stephen’s).


Wszędzie winorośle…

Wine, wine, wine… everywhere :)


Taka rada na marginesie: warto uważać, jak nam się ręce plączą, kiedy idziemy niewinną, pozornie, drogą. Ja chyba zbyt entuzjastycznie wymachiwałam kończynami, bo w pewnym momencie „smagnęła” mnie po dłoni jakaś pokrzywopodobna roślina, która jednak zwykłą pokrzywą nie była. Momentalnie poczułam, że drętwieją mi palce. Szczypanie, pieczenie, paraliż. Żadnych bąbli i swędzenia. Ledwo musnęłam przeklęte zielsko, myślałam więc, że po chwili ból minie. Owszem, minął. Po kilkunastu godzinach, w trakcie których paniczne wizje z serii „o nie, nie mam czucia w palcach, co to będzie” mieszały się z „daj spokój Ewa, to prawa ręka, jesteś leworęczna, nic się nie stanie” i znów „ale co będzie, jeśli to się rozleje na całe ciało, ratunku”. Przeżyłam, ale nie polecam.

One key advice: be careful when throwing your hands in excitement all around yourself… Perhaps I was a bit too enthusiastic, because in a blink of an eye, an unknown plant growing on the side just touched my hand. And it wasn’t nettle – though I wish it was. Yes, something much worse. Immediately my fingers started to stiffen and an I started to feel increasing pain, which wouldn’t go away until about fifteen hours later. And the plant only delicately touched one millimetre of my finger. Later it turned out it was Sosnowsky’s Hogweed, which basically means I was very lucky as more contact with it could have ended in a hospital. Oh well.

Dojrzałe, winogronowe ‚mniam’…

Yummy…


… i surowe, figowe ‚mniam’.

More yummy stuff…;)



Jak się dobrze przyjrzeć, to na zdjęciu poniżej widać w głębi gruzińską babuszkę, która sprzedawała ręcznie dziergane dziecięce paposzki. Tak, „paposzki”. Zakupione zostały. O, takie: klik

Wewnątrz jednej z cerkwi:


W Sighnagi byliśmy w poniedziałek – w informacji turystycznej powiedziano nam, że winiarnia, w której odbywają się degustacje win, będzie prawdopodobnie zamknięta. Postanowiliśmy jednak sami się przekonać, czy tak faktycznie będzie. Było otwarte :)




Piliśmy wytrawne wino Saperavi – bardzo dobre… cudowna odmiana po „wodzie z ogórków” poprzedniego wieczoru ;). Butelka tego wina kosztuje (w sklepie) w przeliczeniu około 30 złotych. W Polsce (w winiarniach lub sklepach typu Alma) cena jest wyższa tylko o 10 złotych.




Degustacja wina (wraz z grillowanymi przekąskami) była jednorazowym burżujskim wyskokiem. W związku z nadszarpnięciem naszego budżetu (to był końcowy etap wyjazdu, gdy bardzo uważnie patrzyliśmy na topniejące zasoby) na kolację, zamiast tradycyjnej już wyprawy do Raczy, ugotowaliśmy (choć to za dużo powiedziane – raczej zalaliśmy wrzątkiem) liofilizaty, które zostały nam po górach. Pyszne risotto z warzywami… :)



Koniec odcinka przedostatniego :)

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Gruzja & Armenia / 10

  1. też sobie obiecuję, że kiedyś się wybiorę. Jakiś czas temu (w moim poprzednim życiu) miałam okazję współpracować z Gruzinami i Ormianami przez jakieś kilka tygodni. Opowiadali o swoich krajach, pokazywali zdjęcia. Już wtedy pomyślałam, że chciałabym tam pojechać..
    I jeszcze to wino do tego! :)

    • Tam trzeba pojechac. Ja jestem zakochana w Kaukazie, chcę koniecznie wrócić no i ruszyć dalej, do Azji Centralnej. gruzińskie wino, toasty… mmmm :). armeńskie wina owocowe też dają radę, jeśli ktoś nie przepada za wytrawnymi (Gruzja). Teraz wizzairowskie loty z Waw i Katowic do Gruzji baaardzo ułatwiają dostanie się tam małym kosztem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s