la bella Italia, la dolce vita / Forli

Corso Giuseppe Garibaldi, Corso della Republica, Corso Armando Diaz, Corso Giuseppe Mazzini – cztery główne ulice, prowadzące do i spotykające się na Piazza Saffi. Piazza Saffi już ma szczególne miejsce w moim sercu – to dzięki najlepiej działającemu tu miejskiemu wi-fi* mogę raz dziennie sprawdzić pocztę i przerazić się około piętnastoma uporczywie czerwonymi powiadomieniami na fejsbuku. Bez ciągłego dostępu do internetu dopiero sobie człowiek uświadamia, jaką ilością informacji i spamu (albo: spamu i informacji) jest zalewany codziennie. Poza tym, na Piazza Saffi jest kawiarnia, w której wypiłam pierwszą kawę we Włoszech i po raz pierwszy odważyłam się odezwać po włosku do najprawdziwszego Włocha z najprawdziwszej krwi i jeszcze prawdziwszych kości. Chyba zrozumiał, bo kawę dostałam jak się należy i to do właściwego stolika. Myślałam, że pęknę z dumy. Piazza Saffi pojawi się kilkanaście zdjęć niżej, a na pierwszy ogień – moja ulica.




Dwa poniższe zdjęcia są ze specjalną dedykacją. W miliułamku milisekundy przed oczami stanęła mi Gruzja :)


W Forli piękne jest to, że wszędzie jest blisko. Z miejsca na miejsce mniejsza połowa mieszkańców przemieszcza się pieszo, zaś większa na rowerze. Ja póki co pieszo, ale podobno mamy zapasowy rower w tajemnym schowku, więc pewnie się to zmieni. Jeśli chodzi o inne środki transportu: jest sporo dobrych samochodów, ale chyba tylko do dalszych podróży, bo po mieście raczej nie jeżdżą, taksówek nie ma** (ciekawa jestem, jak na taką informację zareagowałby przeciętny Gruzin ;)), są elektryczne autobusy wielkości papamobile.



Forli liczy 120 tysięcy mieszkańców, więc teoretycznie jest porównywalne z, na przykład, Opolem***. Praktycznie nie jest porównywalne z żadnym polskim miastem czy miasteczkiem. W Polsce miasteczko tej wielkości to zaniedbany (rzadko nie) plac, noszący mocno na wyrost miano rynku, z przyległościami. Na „rynku” znajduje się jeden lumpeks, jeden bar, w którym przesiadują wszyscy mężczyźni, no i oczywiście, w centralnym miejscu, kościół. Poza „rynkiem” wchodzi się w speluniastą część miasteczka i/lub bloki z wielkiej płyty. Gdzieś majaczy Biedronka. W Forli sprawy mają się inaczej. Niemal całe Forli to tak jakby „starówka” – w którą uliczkę nie wejść, napotkamy na piękne włoskie domy z typowymi dla południowej Europy okiennicami. Co krok znajduje się jakiś zabytkowy „palazzo” albo kościół z cegły, która w zachodzącym słońcu wygląda tak, że… że „wow”. Są też place, na których w weekend dzieje się targ rzeczy wszelakich, zaś na jednym konkretnym placu codziennie, z wyjątkiem niedzieli, ma miejsce targ warzywno-owocowy. W Forli jest mnóstwo eleganckich butików (większość włoskich, ale nie tylko), kawiarni i lodziarni. W dużej mierze to pewnie kwestia tego, że Forli to miasteczko studenckie (no, może oprócz tych butików, bo kilkuset euro na wdzianko to raczej studenci nie wydają… choć na uczelni widzę wiele dziewczątek z oryginalnymi torebkami LV, więc kto wie).

Więcej o mieście i jego architekturze, jak sama się lepiej z tutejszymi zabytkami zapoznam.













Poza tym jest tu park idealny do biegania, miasto promuje aktywny tryb życia i w parku jest specjalnie przystosowana „ścieżka zdrowia” z drabinkami, pachołkami i innym sprzętem i konstrukcjami do ćwiczeń. Trochę pod górkę, trochę z górki, ale po krótkich poszukiwaniach znalazłam też proste odcinki dobre do interwałów. Z ciekawostek: park jest opanowany przez dziką (w moim przekonaniu) zwierzynę. Ta bardziej dzika jest odgrodzona od ogólnodostępnych ścieżek. Ta mniej dzika, czyli rozpasane i rozkicane królikozające (chyba bardziej zające) są wszędzie. Wszędzie. Wbiegając do parku, zobaczyłam pierwszego królikozająca i byłam przekonana, że komuś uciekł z domu (stąd wniosek, że to królik). Po chwili zza krzaka wyskoczył kolejny puchaty zwierz. Zwolniłam, zatrzymałam się i zaczęłam robić mu zdjęcia. W pewnym momencie poczułam się nieswojo. Jakby patrzyło na mnie tysiąc oczu. Dałam spokój królikozającowi i rozejrzałam się dookoła… cóż, bardzo się nie myliłam w swoim przeczuciu. Może nie tysiąc, ale kilkadziesiąt par oczu wpatrywało się we mnie szalonymi wzrokiem. Dopiero zauważyłam, że otacza mnie kilkadziesiąt królikozająców wszelkiej maści i wszystkie wpatrują się we mnie nerwowo. Postanowiłam się nie narażać (jeden królikozając nie sprawia wrażenia groźnego, prędzej to on się mnie bał niż ja jego, ale kilkadziesiąt to już co innego) i szybko pobiegłam dalej.

Poniżej arkady na Piazza Saffi, kościół tamże oraz rowery. Mnogość ich tu.








Na koniec zostawiłam sobie przyjemność napisania kilku słów o włoskim jedzeniu. Region Emilia-Romagna, w którym mieszkam, słynie z najlepszego w całej Italii jedzenia. To stąd jest ocet balsamiczny (ten najlepszy, aceto balsamico di Modena) i szynka parmeńska między innymi. Mniam, mniam, mniam..:) Tym co mnie we Włoszech ujmuje i zachwyca, jest prostota, która moim zdaniem jest kluczem do wszystkiego. Prostota w wielu dziedzinach. Teraz będzie o jedzeniu, kilka akapitów niżej o ubraniach.

Z podstawowych składników można wyczarować takie cuda, że kubki smakowe nie nadążają z przekazywaniem wrażeń do mózgu. Makaron (ogłupieć można od ilości kształtów tegoż), oliwa z oliwek, ocet balsamiczny, pesto, pomidory, oliwki, sałata, czosnek, ser (wiele ich jest, ale parmezan i mozzarella królują), szynka parmeńska, salami. Wystarczy kilka z wymienionych (tak naprawdę tylko pasta i pesto) i w kilkanaście minut mamy pyszny obiad/kolację. Do tego wino za dwa euro i jesteśmy w niebie. Oczywiście jedzenie pasty codziennie niesie ze sobą pewne ryzyko, dlatego jeśli nie uprawiamy sportu (czyt. nie biegamy;) cztery razy w tygodniu), warto nieco urozmaicić nasze menu: sałata z warzywami zagryzana piadą maźniętą pesto, lekka zupa, mięso z warzywami. Warto jednak zmotywować się do intensywnego ruchu i względnie beztrosko zajadać pastę… co drugi dzień ;). Na koniec moich peanów na cześć włoskiej kuchni, scenka:

Gotuję (makaron, bo co innego), na patelni czosnek na oliwie i pomidory, w kuchni (i pewnie poza) roznosi się piękny zapach… wchodzi S. (Brytyjka)

S: omg it stinks of garlic in the whole flat
E: yyyy….. (czasem mi też odbiora mowę)
S: yea! It stinks of garlic!
E: Erm, first of all I don’t think the smell is that strong… besides, it doesn’t stink, it smells… really nice
(G. z Belgii potwierdza skinięciem głowy)
S: no, it stinks, it stinks even in my room (na drugim końcu mieszkania)
E: (powstrzymując śmiech) Sorry for that :P

S. wyszła, wymieniłysmy z G. porozumiewawcze spojrzenia – już wcześniej ustaliłysmy, że niestety, ale Brytyjczycy mają inne pojęcie o dobrym jedzeniu i naturalnych produktach.

Ze spostrzeżeń i obserwacji innych:

Ludzie się tu pięknie ubierają. No przepięknie. Elegancko, klasycznie, ze smakiem, z tym włoskim „twistem”. Prostota przełamana jednym „mocnym” dodatkiem. Najlepsze gatunkowo materiały, rzeczy czyste, zadbane, często szyte na miarę. Prawie niewidoczny makijaż lub naprawdę jego brak. Klimat sprzyja noszeniu jeszcze na początku października moich ulubionych kombinacji kolorystycznych, które świetnie wyglądają w południowym słońcu: beż, biel, błekit, granat, brąz. Czasem jeszcze szarość i czerwień. Im prościej, tym lepiej. Nawet mi nie mówcie o tym obrzydlistwie, które Anna Dello Russo zaprojektowała dla H&M, bo na samą myśl robi mi się słabo.

Włochy to Włochy (huh, odkrycie!). Jestem trochę rozdarta między „trzeba się przyzwyczaić” a „przecież tak nie można!” jeśli chodzi o zachowanie mężczyzn na ulicy – idę sobie w zwiewnej sukienusi (albo w spodniach, ale wtedy konieczne są rozpuszczone włosy) i:
90 procent mężczyzn się za mną ogląda
60 procent po spojrzeniu na mnie wymienia komentarz ze swoim znajomym
40 procent gwiżdże
30 procent mówi coś, z czego jestem w stanie wyłapać pojedyncze słowa typu „bella”
10 procent (to w zasadzie chodzi o czarnoskórych młodzieńców) głupio rechocze
Wszystko fajnie (oprócz może ostatniego punktu, ale to jeszcze nie mężczyźni i jest to najrzadsze z wymienionych zachowań)… tylko to gwizdanie. Nie znoszę, no po prostu nie znoszę takiego zachowania. Ograniczam się do posłania pełnego pogardy spojrzenia, chociaż w Polsce prawdopodobnie bym bez większego wahania uderzyła takiego bezczela z otwartej dłoni w twarz. Podobno to filmowe i podobno każda kobieta marzy, żeby choć raz coś takiego zrobić. Ja chyba nie, ale czasem nie ma wyjścia ;)

*dwa dni później, zmieniłam zdanie. Wi-fi na Piazza Saffi jest tragiczne.
**są. jedna.
***mam nadzieję, że nie „przegięłam” z tym porównaniem, nigdy w Opolu nie byłam (może raz myślami, kiedy miałam pięć lat i startowałam w eliminacjach do „Od przedszkola do Opola”), ale jedyne inne miasto podobnej wielkości, które przyszło mi do głowy, to Gorzów, o którym nie mogę nic złego powiedzieć z powodów, nazwijmy to, „rodzinnych” ;)

****zdjęcia bardzo przypadkowe, migawka szybko naciskana na trasie dom-uczelnia. W Forli do zobaczenia jest dużo, ale muszę się sama z miastem lepiej zapoznać, żeby się to erudycją popisywać i pokazać Wam place, pałace, kościoły i inne perełki architektoniczne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s