‚Il ponte’ – Bologna, Padova, Venezia / part 1

One final paragraph of advice: Do not burn yourself out. Be as I am-a reluctant enthusiast… a part time crusader, a half-hearted fanatic. Save the other half of yourselves and your lives for pleasure and adventure. It is not enough to fight for the land; it is even more important to enjoy it. While you can. While it is still there. So get out there and mess around with your friends, ramble out yonder and explore the forests, climb the mountains. Run the rivers, breathe deep of that yet sweet and lucid air, sit quietly for a while and contemplate the precious stillness, that lovely, mysterious and awesome space. Enjoy yourselves, keep your brain in your head and your head firmly attached to your body, the body active and alive, and I promise you this much: I promise you this one sweet victory over our enemies, over those deskbound people with their hearts in a safe deposit box and their eyes hypnotized by desk calculators. I promise you this: you will outlive the bastards. (Edward Abbey)

Długi weekend listopadowy. 1 listopada w czwartek, wolny z tej okazji piątek, weekend. Po włosku „il ponte” – most. Pomostowy weekend. Taki był, dosłownie też – szczególnie w Wenecji, gdzie mostów niezliczona ilość. Pojechałam. Wróciłam. Jak było? Ogólnie: genialnie. A ‚szczególnie’? Różnie. Ale wszystko w swoim czasie, będą zdjęcia, będą słowa, może uda się także oddać choć namiastkę dźwięków i smaków, zapachów, tego wszystkiego zmysłowego i tak ulotnego.

Dlaczego pojechałam sama (tak, tak właśnie zrobiłam)?

Bo chciałam. Lubię swoje towarzystwo. Chciałam się przekonać, czy aż tak bardzo, jak mi się wydawało ;). Czym są jednak moje trzy dni w porównaniu z dwuletnią podróżą (i to w jakie rejony!) Łukasza z tego (klik) blogu?
Bo nie lubię, jak mnie ktoś wystawia po zaplanowaniu czegoś. Pierwotny pomysł na długi weekend był inny i w towarzystwie. Nie wyszło. W związku z powyższym, postanowiłam działać sama. Nie zamierzałam siedzieć nad książkami przez cztery dni (przyjdzie jeszcze na to czas i to całkiem niedługo) ani przebierać się za jakieś obrzydliwe wampiradło albo inną dynię (pomijając fakt, że halloweenowe zabawy to nie moja rzecz, to przebieranie się za dynię kojarzy mi się z przebieraniem się za inny produkt spożywczy jakieś piętnaście lat temu, wydarzenie, z którym wiąże się moja wielka trauma, nie zamierzam do tego wracać :-D).
Jestem zdecydowanie bardziej intro niż ekstrawertykiem. I dobrze mi z tym. Potrzebuję duuużo czasu tylko dla siebie i tylko ze sobą (również po to, żeby być fajnym człowiekiem, kiedy jestem wśród ludzi). Podróż na własną rękę to niezła odskocznia. Przy okazji, polecam ten filmik z TEDx (klik). Tró story.
To, że pojechałam sama, nie znaczy, że uciekałam od ludzi. Wręcz przeciwnie, takie podróżowanie wymaga i zmusza do nawiązywania kontaktów, przełamywania czasem pewnych barier, odzywania się, prowokuje niby przypadkowe spotkania, które czasem zamieniają się w nowe znajomości.

Jak było?

Wspaniale. ALE.

1. Nie samą tęczą i brokatem podróż płynie. Były momenty, że miałam dość, bardzo konkretnie dość. Wieczorem w Padwie, kiedy nie miałam siły przebierać kopytkami i siedziałam na dworcu a obok przysiadł się bezdomy i chyba naćpany mężczyzna. Patrzyłam kątem oka na jego tiki i czary-mary, jakie uskuteczniał i nie miałam siły się przesiąść (oraz – przesiądziesz się i wezmą cię za rasistę i coś tam-foba). Godzinę póżniej, około 22.oo, kiedy miałam bardzo schematycznie narysowaną własnoręcznie „mapkę” z drogą do domu moich hostów z couchsurfingu, było ciemno, był wielki ponury most za dworcem, nie miałam pojęcia, czy idę w dobrym kierunku, a wokół mnóstwo Nigeryjczyków w dresach palących skręty i zaczepiających mnie. To nie było fajne. Prawdę mówiąc, byłam mocno przerażona. Zadzwoniłam do mojej hostki, ale ta nie odbierała telefonu. Jestem „in the middle of nowhere”, otoczona przez czarnoskórych facetów, jest tak ciemno, że w sumie to zlewają się oni z ogromem wszechświata, mi nogi odpadają, plecy już płaczą po całym dniu z plecakiem, na ramieniu torba z aparatem i dokumentami, marzę kubku herbaty i odrobinie ciepła i czegoś miękkiego. Pomarzyć to sobie w takich momentach można… trzeba działać.

2. Nie masz z kim się podzielić zachwytem, spostrzeżeniami, śmiejesz się do siebie a nie z kimś.

3. Nie ma cię na żadnym zdjęciu. Not a big deal, zazwyczaj uciekam przed turystycznymi fotkami, ale jednak. Jeśli, tak jak ja, masz obiektyw 50mm, to nie zrobisz sobie nawet słit foci z ręki na tle jakiegoś palazzo. Straszna lipa. ;-)

4. Nie możesz dać komuś np. aparatu do potrzymania, kiedy chcesz wyciągnąć mapę z torby i nie doprowadzić do katastrofy (czyt. utraty dekielka od obiektywu. Fakt autentyczny, real life story, ‚ja, Wenecja, listopad 2012’).

Dlaczego taka trasa (taka – czyli Bolonia, Padwa, Wenecja)?

Powód bardzo prozaiczny – nie znalazłam noclegu na couchsurfingu we Florencji i Sienie (tam chciałam jechać najpierw), a tylko couchsurfing wchodził w grę – zarówno ze względów finansowych, jak i z racji, że podróżowałam sama (nocowanie w hostelu w wieloosobowej sali, gdy jestem sama – nie ma mowy; wchodzenie do pustego pokoju hotelowego – bardzo, bardzo nie lubię, z wyjątkiem sytuacji, gdy Lufthansa daje mi pokój w Sheratonie po odwołanym locie ;-)). O tym, jak moja przygoda z couchsurfingiem we Włoszech wyglądała, napiszę więcej następnym razem. Jeśli jednak komuś przyjdzie do głowy używać CS w Italii… to albo niech się dobrze zastanowi, czy nie ma w tym kraju znajomych, którzy chętnie go przygarną, albo niech się uzbroi w cierpliwość. Dużo cierpliwości. Ja spędziłam tydzień (dwie godziny dziennie) na CS szukając noclegu w Toskanii, wysłałam kilkadziesiąt wiadomości, efekt zerowy. Napisałam też ‚open itinerary’ i dostałam sporo zaproszeń. W czym więc problem? Ano w tym, że wszystkie zaproszenia pochodziły od panów 35+. W większości przypadków już po zobaczeniu zdjęcia profilowego wiedziałam, że za chwilę kliknę „decline”. Im dalej na południe Włoch, tym gorzej (albo lepiej, kwestia gustu, a o gustach, jak wiadomo… się dyskutuje ;-)).

Czy miałam jakikolwiek plan?

Nie. Co więcej… nie miałam nawet map(ek) miast, do których się wybierałam (z wyjątkiem nieczytelnego wydruku prezentującego centrum Bolonii). W czwartek rano miałam jechać, w środę wieczorem nie miałam noclegu dalej niż Bolonia. Skąd miałam wiedzieć, jakich map potrzebuję? Poza tym, czas przed długim weekendem był bardzo intensywny; postanowiłam odpuścić i dać sobie w kolejne dni odpocząć – bez ciśnienia, że muszę zobaczyć to, to i to. I jeszcze tamto.

Jak napisałam na wstępie, konkrety, nieprzytomne wypatrywanie pociągów o poranku, eksplorowanie zakamarków Bolonii, Padwy i Wenecji, sytuacje (nad)zwyczajne – to wszystko, okraszone sporą ilością zdjęć – już w następnym odcinku.

Na koniec mały teaser: klik. Była i część druga (a w zasadzie pierwsza), ale ponad połowa to prawie jak „O psie, który jeździł koleją”, tylko że zamiast psa jest Ewa w pociągach, dlatego poprzestanę na tym jednym komórkowym nagraniu ;-)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s