‚Il ponte’ / part 2

Czwartek rano. Po środowej ulewie z dużymi obawami sprawdzam sytuację za oknem. Miła niespodzianka – świeci słońce, po deszczu ani śladu. Nic, tylko się spakować, zjeść śniadanie i w drogę. No tak, tylko jak tu się spakować, skoro nie wiem nawet, czy jadę na południe czy na północ? Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czy gdziekolwiek jadę, bo na pół godziny przed wyjściem z domu miałam pewien tylko nocleg u znajomych ze studiów w Bolonii. Couchsurfingowe poszukiwania okazały się porażką, po cichu liczyłam na czyjeś dobre serce, bo jeszcze przed północą w środę w akcie desperacji przerzuciłam się z Florencji i Sieny na Padwę i Wenecję, jednak w czwartek rano couchsurfing nie miał mi nic do zaoferowania. Trudno, niech się dzieje co chce. Szybkie śniadanie, pakowanie – 30-litrowy plecak pomieścił wszystko, co trzeba, w tym śpiwór (za każdym razem, kiedy patrzę na mój mikro śpiworek, przypomina mi się pierwszy wyjazd w Bieszczady, na który to wyjazd śpiworek został zakupiony z naiwnym przekonaniem, że taki kompakt wystarczy na lodowate noce… Pamiętam, jak z H. wybierałyśmy śpiwory kierując się kolorami i patrzyłyśmy maślanymi oczami na sprzedawcę w HiMountain; jestem przekonana, że po tym, jak powiedział, że wspina się w lodzie, gotowa byłabym kupić od niego wszystko, co by mi zasugerował… to były czasy :D).

Przed wyjściem z domu ostatni raz sprawdziłam pocztę. A tam… powiadomienie z couchsurfingu w Padwie. Mam nocleg! W zupełnie innym nastroju wychodzę z domu i idę na dworzec. Kupuję bilet w maszynie (uff, jest opcja po angielsku) i kilkanaście minut później siedzę już w pociągu do Bolonii. Znowu w drodze. Tęsknota za podróżą, za byciem w drodze, za nowym, nieznanym. Za oknem pociągu pola, uprawy, raczej wiejski krajobraz. A w oddali… coś jakby nasze Izery. Serce zaczyna mi szybciej bić i próbuję dojrzeć coś więcej, ale góry (wszystko co choć trochę wyrasta ponad płaski krajobraz wydaje mi się godne nazwania górami, tak to jest… jak się nie ma, co się lubi…) majaczą w „dalekiej oddali”.

Po kilku miesiącach przeprosiłam się z Nikonem, zaś analoga (z wielkiem bólem) zostawiłam w szufladzie. Topornie mi szło robienie zdjęć cyfrą po takiej przerwie. Coś się urodziło, ale lekko nie było. Pierwszego dnia miałam wrażenie, że ja i aparat funkcjonujemy w dwóch zupełnie różnych światach i nie ma szans na jakąkolwiek komunikację. Potem było trochę lepiej, ale przy niemal każdym zdjęciu żałowałam, że nie patrzę przez wizjer analogowego Canona.

Bolonia. Pierwsze wrażenia? „Średnie”. Prosto z dworca ruszyłam „przed siebie”, w kierunku (intuicyjnego) centrum. Prawie cztery godziny chodziłam po mieście, co rusz trafiając w jakieś puste zaułki, w których było mi co najmniej nieswojo. Albo coś zupełnie przeciwnego – ulice pełne ‚glamour’ i butików czołowych projektantów, wszystkie Djory, Dolczeigabany, Luivitą i inne omamiacze. Na szczęście po jakimś czasie trafiłam do znakomitej lodziarni, co trochę zmieniło moje postrzeganie Bolonii. No a potem znalazłam Bazylikę św. Dominika i to już była pełna radość. I ogromna wdzięczność. Spokojnie, prawie pusto, można sobie ze świętym usiąść i pogadać bez tłumu zwariowanych turystów. Dobrze tak na Wszystkich Świętych trafić.









Po mszy byłam umówiona z A. i M., z którymi studiuję, a które mieszkają w Bolonii. Plan był prosty – miałyśmy iść coś zjeść, przejść się po mieście wieczorem/nocą i iść spać, bo rano czekał mnie pociąg do Padwy. Gdzieś podczas spaceru miał do nas dołączyć Av., jednak gdy do niego zadzwoniłyśmy, żeby się dokładniej umówić, Av. po prostu zaprosił nas na kolację do siebie. Miałyśmy jeszcze sporo czasu, więc M. zrobiła nam „tour: secrets of Bologna”, czyli siedem ciekawostek, o których nie piszą przewodniki. Masa śmiechu, a najlepsze było to, że podczas mojego samodzielnego wałęsania się po mieście za dnia, „niechcący” sama zobaczyłam większość owych sekretów :). Jadłam też najlepszą pizzę w Bolonii („trójkąt” na wynos) – i to była najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu. A już zupełnie zostałam „kupiona”, gdy przy ostatnich kęsach, gdy zostaje już tylko ciasto… to ciasto smakowało identycznie jak gruziński chleb. Cud, że się tam ze wzruszenia nie poryczałam, tylko na chwilę zaniemówiłam. Na moje egzaltacje, jaka ta pizza jest genialna, usłyszałam od M., że „ok, ok, this is the best pizza in Bologna, but you really have to go to Naples to try the best pizza in the world”. I podobno Włosi każdą maleńką różnicę w smaku pizzy wyczuwają i to jest takie oczywiste (dla M. ;)). Niepojęte. Niepojęte jest także włoskie postrzeganie „późno” i „wcześnie”. Kolacja u Aviego była dopiero przed 22.oo, co według M. jest zupełnie normalne, natomiast 19.oo, kiedy zjadłyśmy po kawałku pizzy (co jak dla mnie jest porą kolacji i to lekkiej) to „soooo early, come on guys, who eats dinner so early?”. Co kraj, to obyczaj :).

U Av. towarzystwo bardzo międzynarodowe i w przeróżny sposób się znające (lub nie). Dobry wieczór. Wychodzimy, stoję już na klatce schodowej, Av. pyta się, czy wracam do Forli. Mówię, że nie, że nocuję w Bolonii a rano jadę do Padwy. I co się okazuje? Że S. i koleżanka Av. też wybierają się do Padwy następnego dnia i możemy pojechać tam razem lub spotkać się na miejscu. Kilka minut później czekamy na autobus, Av. pyta się mnie o dalsze plany, mówię, że może Wenecja, ale nie mam tam noclegu – okazuje się, że ma tam znajomą i to procouchsurfingową. A po kolejnej chwili, gdy jakoś napomykam o półmaratonie w Weronie i że też będę musiała jakoś tam przekimać, Av. mówi, że tam także może załatwić mi nocleg. Jedno wielkie „łał”.






W piątek celowałam w pociąg do Padwy o 10:12. S. zaesemesował, że pojadą wcześniejszym pociągiem, więc spotkamy się w Padwie. W drodze na dworzec dostałam kolejną wiadomość – jednak jadą „moim” pociągiem. Dotarłam na dworzec ze sporym zapasem czasu… nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. Kieruję się w stronę maszyn biletowych a tam… kolejki na dobre dwadzieścia minut stania każda. Gdy przyszła moja kolej, do odjazdu zostały niecałe dwie minuty. Oczywiście nie zdążyłam, maszyna wypluła bilet dokładnie w momencie, gdy pociąg odjeżdżał. Wspaniale, następny za dwie godziny. Nie ma jednak tego złego… w Bolonii była akurat O. ze znajomymi (i robili moją ‚pierwotną’ trasę, przyjechali z Mediolanu i kierowali się do Florencji i Pizy), z którą nie udało mi się spotkać poprzedniego dnia, umówiliśmy się więc na kawę/śniadanie. Zanim jedzenie wylądowało w naszych żołądkach, napatrzyliśmy się na apetyczne warzywka tudzież inne produkty rolne (bo co to dokładnie jest, to nie mam pojęcia w kilku przypadkach).





Na koniec takie kuriozum. Biegłam jakimiś skrótami na dworzec (tym razem naprawdę nie mogłam dopuścić do tego, żeby mi pociąg odjechał) i napotkałam takie oto cuda:


Mój osobisty hit. Papier toaletowy w sudoku, how cool is that? Z tego co widać na tych dwóch listkach, sudoku się nie powtarza!

Strach się bać :)

Reklamy

2 uwagi do wpisu “‚Il ponte’ / part 2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s