‚Il ponte’ / part 3

Padwa. Po małych perturbacjach (patrz: poprzedni wpis) docieram do tego liczącego nieco ponad dwieście tysięcy mieszkańców miasta. Drugi dzień listopada, północne Włochy, jednak pogoda jest cudowna; oślepiające słońce przywodzi na myśl polską złotą jesień wrześniową. Nie mam mapy (wiedziałam, że mogę dostać takową za darmo w punkcie informacji turystycznej, jednak namierzony przeze mnie punkt w centrum był zamknięty – dlaczego mnie te nie dziwi?; osiem godzin później dostałam mapę na dworcu… też chyba mnie nie dziwi, że punkt informacji turystycznej był schowany tak, że bardziej się nie dało), postanawiam więc zaufać intuicji. Obieram kierunek „centrum” i idę. Idę i idę… chyba około dwudziestu minut. Niby nic, ale chodzenie w trekach po miejskiej kostce, z plecakiem i torbą (małą bo małą, ale zawsze to coś zbędnego) daje w kość. W dodatku wymyśliłam sobie pizzę, a tu jak na złość żadnej pizzerii. Po trzech godzinach skonkretyzowałam swoje błąkanie się po Padwie i ruszyłam w kierunku bazyliki św. Antoniego. Tam zresztą miałam nadzieję dopaść jakąś pizzerię :D. Nie myliłam się, ale… wchodzę do upatrzonej pizzerii – znośne ceny, zachęcające menu, miejsce wyglądało odpowiednio „włosko” – w środku podejrzenie pusto, jakaś rodzina kończy posiłek… Pytam obsługę, czy mogę zająć miejsce, a w odpowiedzi słyszę, że… nie, bo właśnie zamykają. Ekskjuzemła, jak to? Ano tak to, pizzeria jest otwarta w godzinach 12-14 i 19-do ostatniego gościa. Ja rozumiem – siesta w przedziale 12-15. Przyzwyczaiłam się. Ale to? Wychodzę głodna i sfrustrowana. Tu ma miejsce cud, bo nagle wyrasta przede mną „Antica Focacceria S. Antonio” i już wiem, że jestem uratowana. Rozsiadam się na murku pod bazyliką i w promieniach popołudniowego słońca zajadam się pyszną pizzą. Czego chcieć więcej… :-)



Bazylika św. Antoniego, wybudowana ponad 700 lat temu, jest przepiękna. Te sklepienia. Freski. Bogactwo zdobień. Jest trochę romańsko, trochę gotycko, i zdecydowanie bizantyjsko. Czyli wspaniale. Tylko ten turystyczny motłoch… kolejka do grobu świętego, mini „pielgrzymka” w sznureczku, przepychanki (!) do klęcznika przed grobem, w ogóle nie rozumiem „magii” dotykania grobu – jakby to miało coś zmienić, ludzie przepychają się, żeby idąc wzdłuż grobu go dotknąć i tak iść z ręką cały czas na marmurze… o co w tym chodzi? Szczerze mówiąc, żałowałam, że w ogóle dołączyłam do tej „procesji”, cały czas czułam na plecach czyjeś sapanie i nacisk na plecak, a pewnym momencie dostałam z łokcia od pani, która koniecznie musiała dopchać się do ściany grobu, na której umieszczone są zdjęcia osób, którym św. Antoni jakoś pomógł. To przecież takie interesujące, setki identycznych paszportowych zdjęć anonimowych osób. Zmęczyło mnie to. Część bazyliki jest wydzielona „tylko do modlitwy/uczestnictwa w nabożeństwach” – świetnie. Tylko że turyści nic sobie z tego nie robią i pałętają się tam i z powrotem. Aaa. Ludziów jak mrówków, ale to i tak nic w porównaniu z bazyliką św. Marka w Wenecji. O tym jednak w kolejnym odcinku, dość narzekania. A, dla zainteresowanych relikwiami – w Kaplicy Relikwii (Capella del Tesoro) znajduje się między innymi język św. Antoniego, podobno w świetnym stanie. Chyba jednak nie chciałabym tego oglądać. Na koniec, jak już się napatrzymy na złota i marmury, warto sobie przypomnieć, że św. Antonii nie tylko pomaga znaleźć zguby, ale jest też patronem ubogich. Ciekawe, co sobie myśli, patrząc na to, co dzieje się w jego bazylice.

Po wyjściu z bazyliki odebrałam sms’a od S., który, jak się okazało, stał w tym konkretnym momencie kilkanaście metrów ode mnie :-) Nie było więc problemu z szukaniem się w Padwie (przypominam, że nie miałam mapy). Nastąpił ciąg dalszy szwędania się po mieście, tym razem trochę lepiej zorganizowanego, bo S. miał mapę. Około 19.00 moje nogi wołały „dość!”. Poszliśmy więc na mój pierwszy (ale nie ostatni;)) tego dnia spritz (oretyaletojestdobre), po czym odprowadziłam S. na dworzec.





Nic (no, prawie…) nie przebije włoskiej kuchni. Jest genialna w swojej prostocie, w świeżości produktów, w ilości słońca zawartej w warzywach i owocach. No i w energii biegowej, której dostarczają pyszne włoskie węglowodany ;-)



To była Padwa za dnia, czas na Padwę by night. 21:00, ciemno, zimno, ja z bardzo orientacyjną mapką nakreśloną w pośpiechu przed wyjściem z domu jeszcze w Forli. Ruszam z dworca w kierunku mieszkania moich couchsurfingowych hostów. Jest raczej nieciekawie, mosty w okolicach dworców zazwyczaj nie należą do najprzyjemniejszych części miasta, tak jest i w Padwie. Wdrapuję się na most, a tam grupki Nigeryjczyków łypiących na mnie tymi wielkimi oczami. Prawdę mówiąc, to niemal tylko te oczy błyskały w ciemnościach. Z duszą na ramieniu, ale przeszłam przez most i zlokalizowałam się w okolicy, wkrótce zaś trafiłam do Valentiny i Matteo. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że mój krótki pobyt u nich zrekompensował moje negatywne wrażenia z włoskim couchsurfingiem. Od początku było świetnie. Spaghetti z anchois („straszne” ilości jedzenia o takiej porze, ale jak już pisałam, tu żyje się inaczej), foccaccia z ziołami i solą morską upieczona przez Valentinę. Ciekawe rozmowy; ciekawe, bo ludzie interesujący. No i uspokoili mnie, że metr wody w Wenecji poprzedniego dnia to „not a big deal, it’s normal this time of the year” i powiedzieli, że mam się nie przejmować i jechać do Wenecji następnego dnia. Mieli rację, było sucho. Po kolacji pojechałyśmy z Valentiną na rowerach do centrum. Moim zachwytom nie było końca: puste miasto nocą, mgła jak mleko, rozmydlone światło latarni. Ta mgła zasługiwałaby na osobny wpis… podobno to typowe dla tego regionu we Włoszech: niesamowicie gęsta mgła od wieczora do rana. W ciągu dnia – krystalicznie czyste niebo. Uczucie, gdy jechałyśmy przez Padwę nocą na prawie pięćdziesięcioletnich rowerach (spróbowałam użyć hamulca zjeżdżając z mostu, ale po pisku, który wydał i żadnej zmianie w prędkości, szybko zrozumiałam, że hamować to ja muszę nogami) – bezcenne. Zdjęć nie mam z oczywistych powodów – próby uchwycenia czegokolwiek w tych warunkach mogłyby być tragiczne w skutkach, poza tym miałam w pamięci nigeryjskich kolegów na moście i nie byłam przekonana, czy ryzykowanie utraty aparatu jest warte taszczenia go na tę ekskursję. Przypięłysmy rowery w centrum i poszłysmy się przejść. I jakoś rozmowa zeszła na Gruzję i Rosję i to, co między nimi, czyli to, co interesuje mnie bardzo. Okazało się, że najlepszy przyjaciel V. jest Gruzinem, tłumaczy gruzińską poezję na włoski; jej bardzo dobre koleżanki to Rosjanki to z Petersburga (to ewidentnie znak), wysłuchałam więc (ze sporym zdziwieniem momentami) przeróżnych opinii o Putinie i czeczeńskich terrorystach (a prawie wszystkie opinie były różne od mojej). Potem V. zaprosiła mnie na spritz (mówiłam, że tamten nie był ostatni ;)). Dochodziła północ, a do baru przychodzili rodzice z dziećmi w wózkach/na rękach – nie do pomyślenia w Polsce, ale tak chyba jest na południu; pamiętam nasze zdziwienie, gdy chodziliśmy nocą po Erewanie, a na głównym deptaku całe rodziny spacerowały, siedziały w kawiarniach, nikt się nie spieszył do domu. Żeby było ciekawiej, ci Włosi o północy zamawiali espresso :-)

Tyle wrażeń – po powrocie zasnęłam jak niemowlę i śniło mi się, że biorę udział w tajnych operacjach i czołgam się po spalonych słońcem płaskowyżach w Afganistanie, a potem przekazuję informacje innym agentom w łazienkach na lotniskach w krajach Trzeciego Świata. Równolegle śniło mi się, że stoję na lekko zamglonej (to akurat nic dziwnego, po tym co widziałam) polanie gdzieś w Beskidach, z tej mgły wyłaniają się i znikają znajomi ludzie, z niektórymi zamieniam kilka słów, inni przewijają się w tle, z jeszcze innymi nie rozmawiam, ale spotykamy się ‚bez słów’ i wszystko jest w jakimś dziwnym zawieszeniu, zatrzymaniu, takie trochę ‚slow motion’. Obudziłam się lekko skonfundowana i dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, że nie jestem ani agentem, ani w Beskidach, tylko w Padwie, jest 6:00 rano, za oknem nadal mgła :-).

Przemiły akcent na koniec: zjedliśmy włoskie śniadanie (kruche ciasteczka, kawa), dostałam focaccię (pół blachy…) – „Ewa, food in Venezia is very expensive, you need something at least for lunch” – po czym V. odprowadziła mnie na dworzec. Już się żegnałyśmy, gdy V. sobie coś przypomniała. „Ewa, I have a gift for you!”. Jaki gift, mówię, dostałam już focaccię przecież :). V. pokręciła głową i zaczęła szperać w plecaku. Wtem! Wyciągnęła książkę, a z książki… płytę. „I can see you really like Georgia… here’s some traditional Georgian music… hope you like it”. To było tak miłe, tak bezinteresowne i tak szczere, że naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć, oprócz najprostszego „thank you”. Ludzie są super.

***

Tak, w moich wpisach mało jest typowego zwiedzania, opisów budynków, zdjęć „najważniejszych” punktów w mieście. Robię to świadomie. Nawet jeśli faktycznie zwiedzam w tradycyjnym tego słowa znaczeniu i rozumieniu, to nie piszę o tym przesadnie dużo – od tego są przewodniki zalegające na półkach w księgarniach, od tego jest internet, wystarczy wystukać nazwę interesującego nas zabytku i internety powiedzą nam więcej, niż jesteśmy w stanie w ciągu życia przyswoić. Raczej nie robię zdjęć w kościołach, nie robię też zdjęć „ja na tle…” – nie widzę w tym sensu. Wypad do Bolonii, Padwy i Wenecji był szczególnie anty-turystyczny – miałam ochotę zwyczajnie się poszwędać i popatrzeć na te miasta z innej niż przewodnikowa perspektywy. Co nie znaczy, że nie chciałabym się o nich czegoś więcej dowiedzieć – bardzo bym chciała. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić je ponownie.

A na koniec – takie mądrości rosną na murach przy bazylice św. Antoniego :D

Advertisements

10 uwag do wpisu “‚Il ponte’ / part 3

  1. Ja też chętnie znalazłabym się pośrodku dyskusji o Gruzinach, Rosji, Czeczeni, szczególnie jeśli odbywałaby się przy włoskim espresso lub – jeszcze lepiej – winie ;)

  2. Sporo bym dał za porzadna włoska michę! Ostatnio próbowałem pizzę na mieście to płakać sie chciało nad stołem…pzdr Chin, kraju gdzie ciasto na pizze najczęściej jest….słodkie:/

  3. Włochy, pyszna pizza, kawa i zwiedzanie staje się jeszcze przyjemniejsze! :) I też lubię odkrywać uroki odwiedzanych miast po zmroku. Czuję się wtedy jak w jakimś filmie! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s