Maastricht

Tydzień temu miałam okazję spędzić dzień w Maastricht w ramach pobytu (z założenia weekendowego, skończyło się na pełnym tygodniu) w Brukseli w związku z biegiem 20 km de Bruxelles, w którym brałam udział. Chciałam wreszcie (bo to już któraś moja wizyta w Belgii) zrobić dobre zdjęcia, pokazać ciekawe zakątki, których może nie ma w przewodnikach, napisać kilka słów o Brukseli. Niestety, nie tym razem. Powodem nie jest pogoda (choć przez cały zeszły tydzień niemal nieustannie lał deszcz), a moje unieruchomienie – kilka dni spędziłam z nogą w gipsie przemieszczając się z kanapy do łazienki, zatrzymując się czasem w kuchni. Tak to się kończy, kiedy człowiek robi coś, czego robić nie powinien, jak to skwitował mój wykładowca, ale ja do biegania zamierzam wrócić.

Maastricht i Brukselę, w zależności od wybranej trasy, dzieli około 120 kilometrów podróży samochodem. Przy belgijskich drogach to nieco ponad godzina jazdy, więc spokojnie można pojechać tam na jeden dzień i wrócić. Do tej pory w Holandii byłam tylko raz, również z jednodniową wizytą, w Rotterdamie, dlatego ochoczo przystałam na możliwość małej wycieczki. Kilkoro moich znajomych studiowało w Maastricht i ich opinie, przedstawiające to najstarsze holenderskie miasto jako miejsce bardzo przyjazne i tętniące życiem, potwierdziły się w stu procentach.

Samochód zaparkowaliśmy za darmo na jednej z uliczek w pobliżu dworca głównego. Jeszcze parkując auto zobaczyliśmy znajomych, z którymi byliśmy umówieni i już wspólnie ruszyliśmy oglądać właściwe Maastricht. Po wyjściu z budynku dworca trafiliśmy na ciągnący się wzdłuż głównej ulicy prowadzącej do rzeki pchli targ. Jak widać na zdjęciach poniżej, kupić można było dosłownie wszystko. Z wrażenia nie zrobiłam zdjęcia przy stoisku z aparatami wszelkiej maści, ale po prostu zapomniałam na chwilę o wszystkim, widząc dziesiątki obiektywów i korpusów.

maastricht-3272

maastricht-3275

maastricht-3276

maastricht-3277

maastricht-3279

Gdy już przecisnęliśmy się przez tłum na pchlim targu, ruszyliśmy dalej niewiele mniej zatłoczoną ulicą, podziwiając witryny niektórych sklepów – szczególnie tych z serami. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do jednego z nich i nie wyszliśmy z pustymi rękami. Tymczasem jednak poszliśmy w kierunku centrum, przechodząc przez most nad rzeką Mozą. W oddali majaczył budynek przypominający miniaturę opery w Sydney, ale to tylko nasze skojarzenia i prawdopodobnie budynek pełni zupełnie inną funkcję. Pierwsze kroki po drugiej stronie rzeki i pełen zachwyt. Bardzo ciekawa architektura, przyjemna atmosfera – owszem, sporo turystów, dość tłoczno, ale bez jakiegoś napięcia, ludzie albo zajęci sobą, albo uśmiechający się, gdy się na nich spojrzy, kawiarniano-ogórdkowo-restauracyjne życie kwitnie. Maastricht to też mekka zakupowa, sklepy (na szczęście małe) poupychane są na wąskich uliczkach – to już kwestia gustu, ja osobiście za chodzeniem po sklepach nie przepadam, ale sądząc po dochodzącym z nich gwarze, Holendrzy i Belgowie uwielbiają wybierać się do Maastricht na ‚shopping’.

maastricht-3286

maastricht-3290

maastricht-3291

Po jakimś czasie z przyjemnością usiedliśmy na kawę w jednym z ogródków. Z przyjemnością tym większą, że prognozowana pogoda – deszcz, osiem stopni, zupełnie się nie sprawdziła i z uśmiechem ściągaliśmy z siebie kurtki, swetry i chusty. Nawet ustawione niedaleko naszej kawiarni budki rybne i dochodzący z nich zapach nie przeszkadzał w rozkoszowaniu się słońcem. Dla mnie, po przylocie ze słonecznych Włoch i jednym dniu w deszczowej Brukseli, była to wielka ulga. Dla mojego brata i bratowej, którzy męczą się z brukselską pogodą na co dzień, chwila, którą trzeba wykorzystać jak najpełniej.

maastricht-3292

Czym byłaby Holandia bez tradycyjnych chodaków…

maastricht-3318

Nie dało się tego cuda nie zauważyć:

maastricht-3324

A tu grupa tańcząco-śpiewająca na głównym placu. Do tego nagranie: klik.

maastricht-3328

Plac Vrijthof i kościół św. Jana Chrzciciela (z czerwoną wieżą) oraz bazylika św. Serwacego (po prawej stronie). Intryguje mnie ta wieża, ale nie znalazłam informacji skąd ten czerwony kolor. Ktoś coś wie? Jeśli kościół zostałby uszkodzony w czasie wojny, to dlaczego odbudowywać jego część w innym kolorze? Znając życie, wyjaśnienie jest zapewne banalne.

maastricht-3335

Podobnie jak znaczenie figur na poniższym zdjęciu…

maastricht-3349

Do poniższego zdjęcia dołączony jest filmik: klik. Obok sklepu-piekarni znajduje się kawiarnia i stary młyn, można spróbować przepysznego chleba (był tak dobry, że po jednym kęsie byliśmy zdecydowani na zakup). Swoje trzeba odstać w kolejce do piekarni, ale zdecydowanie warto. Bułki stamtąd na drugi dzień sprawdziły się idealnie jako paliwo przedbiegowe. Natomiast te ciasta i tarty… poprzestaliśmy na patrzeniu, bo byliśmy już po solidnym lunchu i lodach. Ładowanie węglowadnów przed biegiem jest ważne, ale łatwo przesadzić i po biegu (choć może ja bym lepiej na tym wyszła). A propos lunchu – ogromna porcja tagliatelle z łososiem byłaby idealna, gdyby nie fakt, że makaron był rozgotowany. Jeszcze nigdy nie trafiłam na dobrze ugotowany makaron poza Włochami – czy to jest naprawdę tak trudne?

maastricht-3368

maastricht-3370

maastricht-3377

Ja, Jeremy i Sarah. Reszta ekipy cierpliwie stoi w kolejce :).

maastricht-3379

A tu wspomniane na początku sery – można dostać zawrotu głowy. Wyszliśmy z jednym (przepysznym), ale od samego widoku kubki smakowe i wyobraźnia pracowały intensywnie.

maastricht-3382

maastricht-3384

maastricht-3386

Zdjęcia żadnego coffee shop’u nie zdążyłam zrobić – weszliśmy do jednego, jednak niemalże w drzwiach zostaliśmy zatrzymani i od razu zapytani: „Are you Dutch?”. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, Holendrów trudno byłoby nam udawać. Po holendersku umiem powiedzieć tylko „dziękuję” i „świetn(i)e”, więc marne szanse. Teoretycznie prawo zostało niedawno zmienione i turyści mogą zaopatrywać się w wiadome używki, jednak, jak nam wyjaśniono, w praktyce zależy to od konkretnego coffee shop’u. Nie byliśmy tak zdesperowani i zadowoliliśmy się kupnem sera.

Na koniec widok przed dworcem – widok, który napotykaliśmy co krok. Rowery, rowery, rowery. Wszędzie rowery. Jak w tym gąszczu znaleźć swój pojazd? Udziwnić go jak tylko się da. Co się dzieje, gdy robią to wszyscy? Mamy ulice pełne koloru i pozbawione spalin. Verbazingwekkend! :-)

maastricht-3389

Reklamy

9 uwag do wpisu “Maastricht

  1. Zdaje się, że to jedno z takich wspaniałych, klimatycznych miast, które uwielbiam odwiedzać:) Ale co dla mnie najpiękniejsze- rowery!!

  2. Miałam przyjemność być kiedyś 1 dzień w Amsterdamie – wrażenie na mnie zrobił ogrom rowerów i rowerzystów. Tam się po prostu roiło od rowerów. Odniosłam wrażenie, że rower to u nich główny pojazd, samochód na drugim miejscu i to tylko na autostrady. Bo po mieście tylko rower. Holandia jest ładna, mam nadzieję że jeszcze tam kiedyś wrócę. Fajne zdjęcia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s