Jest plan (a nawet są plany), czyli o tym, co już niedługo

Jest w podróżowaniu, a raczej – wyjeżdżaniu – coś z ucieczki. Czasem świadomej, czasem nie, bo kto by się przed samym sobą, a co dopiero przed innymi, przyznawał do takiej zakamuflowanej dezercji. Kiedy po raz kolejny słyszę:

„Ale ty masz fajnie, studiujesz za granicą!”
„Gdzie ciebie znowu niesie? Ty nie możesz usiedzieć w miejscu!”
„Pewnie już się przyzwyczaiłaś i nie tęsknisz za domem?”
„No no, światowe życie, Gdańsk to pewnie dla ciebie totalna nuda”

… czasem nie daję rady powstrzymać ciężkiego westchnięcia. No to po kolei:

Tak, fajnie mam. Studia w Londynie były genialnym czasem, ale była też ciemna strona w postaci wyrzeczeń, ogromnych nakładów finansowych, ciężkiej pracy. Nie leżałam codziennie na trawie w Hampstead Heath, nie robiłam zakupów w Harrodsie (w ciągu trzech lat byłam tam raz), nie chodziłam co drugi dzień na imprezy.

Niesie? Kwestia ciekawości świata, chęci odkrywania i poznawania go. Tak samo „niesie” mnie na Mazury, w Tatry i na rower do Gdyni.

Punkt trzeci, tu zwykle wybucham niekontrolowanym śmiechem, a w duchu chce mi się płakać. Jak można się przyzwyczaić do tęsknoty? Można to uczucie oswoić, jakoś sobie wychować, dojść z nim do ładu. Zawsze jednak, kiedy jestem z dala od bliskich i ważnych dla mnie osób, tęsknię. Jeśli mam zajęcie, pracę, znajomych – w porządku. Nigdy jednak nie zapomnę grudnia zeszłorocznego, a był to mój piąty rok poza domem – teoretycznie powinnam być zahartowana, uodporniona, twarda. Nie miałam pieniędzy na bilet do Polski na Święta Bożego Narodzenia, wszyscy znajomi – których zresztą wielu we Włoszech nie miałam – wyjechali, zostałam na włoskim wygwizdowie podbolońskim sama, w pustym, surowym mieszkaniu. Wigilię spędziłam zwinięta w kłębek na łóżku oglądając filmy pokroju ‚Holiday’, łącząc się z rodziną na skypie na pięć minut, nie mogąc nawet pocieszyć się świątecznym ‚comfort food’, bo danie, które próbowałam upiec, okazało się wielką katastrofą. Tak, tęskniłam, cholernie tęskniłam. Nie pierwszy raz i nie ostatni.

Co to znaczy: „światowe życie”? Próbuję jakoś to zdefiniować i nie potrafię. Chcę jeździć, podróżować, czerpać ze świata, ale… ale doceniam tu i teraz. A Gdańsk ma wszystko, co mi do „bycia” potrzebne i ostatnie miesiące mocno pokazały i uświadomiły mi, że jeśli tylko będę miała taką możliwość, chcę tu mieszkać i pracować. Chcę wrócić – na stałe.

Zanim jednak wrócę, muszę wyjechać. Muszę – chcę – lub raczej, chciałam. A że decyzje podjęte pociągają za sobą konsekwencje niemal zawsze, to trzeba dokończyć, co zaczęte. Pierwsze półrocze 2014 roku zapowiada się więc w większości z dala od Gdańska. Gdzie dokładnie? Tu i tam, tam i tu, przez moje ulubione monachijskie lotnisko, po którym wspaniale się biega:

Screen shot 2013-12-12 at 21.32.13

Screen shot 2013-12-12 at 21.31.51

Dobrą stroną tych wyjazdów będzie – mam nadzieję – regularne i częste pisanie i zdjęć dodawanie. Hej, przygodo…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jest plan (a nawet są plany), czyli o tym, co już niedługo

  1. Ludzie często zadają tego typu pytania, bo sami nie rozumieją sensu podróżowania. Ja nigdy nie byłam poza Polską tak długo, jak Ty, jednak nawet miesiąc na Bałkanach sprawiał, że później chętnie wracałam do smaków i widoków z ojczyzny. Tak samo kocham Beskidy jak i Prokletije (Tatry jednak kocham najbardziej, więc nie ma porównania z innymi górami na świecie). Inna sprawa, że nie trzeba być za granicą, by podróżować, odkrywać, itd. Wszystko jest kwestią podejścia i szukania nowości nawet w znanych sobie miejscach.
    Pozdrawiam,
    ruda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s