A piesek ma swoje opakowanie, czy leci na kolanach?

Gdańsk – Rębiechowo, 12.oo

Magia pustego lotniska. Takiego, jakie lubię najbardziej. Kilkanaście samochodów na parkingu przed halą odlotów. Kilka osób zmierzających w kierunku punktów odprawy. Posadzka bardziej przypominająca nieruchomą taflę odbijającą światło. Właśnie, światło. Kluczowy element zachwytu nad niemal wymarłym aeroportem. Słońce przebijające przez przydymione niebo, rysujące szare sylwetki drzew i pojedynczych budynków. Wyobrażam sobie, że mrugnięciem mogę zrobić zdjęcie, zatrzymać to światło, tę ciszę, tę rzadką chwilę, bo zaraz zaczną schodzić się kolejni ludzie, zajmując miejsca na krzesełkach, stukając wolnocłowymi zakupami, nerwowo spoglądając na tablicę odlotów. Zdjęcia jednak nie będzie, bo po raz pierwszy od dawna podróżuję bez aparatu..

Odprawa. Obok mnie dwóch mężczyzn, z psem. Psem w kubraczku. Buldożkiem francuskim w kubraczku. Zaczynam się zastanawiać nad marnym losem zwierzęcia w luku bagażowym, gdy między jednym kiwnięciem głowy a drugim (widzę, że ma pani już kartę pokładową – kiwnięcie – bagaż leci prosto do Brukseli? – kiwnięcie – czy chciałaby Pani…) słyszę: “a piesek ma swoje opakowanie, czy leci na kolanach?”. Piesek leci na kolanach. Również do Monachium, choć marne szanse na spotkanie nos w nos, bo piesek leci klasą biznes. Takie to pieskie życie.

Monachium, 15.oo

Czy dzisiaj jest dzień podróżowania z psem? Latam całkiem sporo od kilku dobrych lat i chyba nigdy takiej podróży nie miałam. Radośnie zmierzam na moje miejsce – 31D, najlepsze miejsce na świecie. Przedostatni rząd, przejście. Siadam wygodnie, przekonana, że cały tył samolotu dla mnie (o naiwności… oczywiście, że 23 godziny przed lotem, kiedy robiłam check-in chwilę po otrzymaniu maila z informacją o otwarciu odprawy online, rozkład miejsc był bardzo wiarygodny…), wtem, schodzą się ludzie. Żeby tylko ludzie. Schodzi się pies! Pies, który miał lecieć w klasie biznes. Na blisko 130 miejsc w samolocie, pies siada w równoległym rzędzie. “Moje szczęście” – myślę sobie. Po chwili wchodzi do samolotu młoda kobieta z rzęsami dłuższymi od moich (czyli sztuczne ;)) i… niesie psa w torebce (w tym momencie przypominam sobie, że dziesięć minut wcześniej, w łazience, widziałam ową kobietę poprawiającą makijaż; pies stał posłusznie przy niej, ale byłam tak zmęczona, że tylko omiotłam go spojrzeniem i wyparłam scenę ze świadomości). Cziłała chyba. Siada w rzędzie przede mną, pies wyciąga pysk w moją stronę… i do akcji wkracza stewardessa (przepraszam – personel pokładowy) i każe psa (oba psy) schować w nogach, zamknięte. Przy lądowaniu jestem jeszcze świadkiem sceny lizania z okazji lądowania – bo nie wiem, jak inaczej to nazwać. Biedna cziłała ewidentnie nie miała ochoty okazać uczuć swojej pani, która przez pięć minut syczała niemieckie “pocałuj mnie” do cziłały. Dopięła swego.

Terminal 2, raj z kawą (i moje nowe odkrycie: marocchino) i gazetami, cudownie miękkie, skórzane siedzenia. Siadam z książką, po kilku minutach podnoszę wzrok… Patrzy na mnie trzeci pies. Wyglada jak Darti (jeśli czyta to moja bratowa, to już wyobrażam sobie jej minę, bo podobno w każdym psie widzę zdechłego dekadę temu najlepszego psa na świecie). Cały czas na mnie patrzy. To obstawiamy, gdzie pies będzie siedział… bo ja znów lecę na 31 D :)

Bruxelles… późno

Z lotniska weź autobus do centrum. Potem metro. Tramwaj. Cofnij się. Ulica w górę. W lewo. Przez furtkę do ogrodu. Taras. Żółta doniczka. Klucze. Aaa… A zanim te wszystkie kroki, to jeszcze blisko pół godziny marszu od samolotu do taśm bagażowych, drugie tyle czekania na walizkę (plus runda honorowa mojego bagażu, bo tak się zamyśliłam, że gdy wreszcie nadjechał, to go przegapiłam).

Zanim wsiadłam do autobusu, maszyna zjadła mi kilka euro. Przesiadka na metro, a metro – ups – w remoncie. Czyli schody ruchome wyłączone. Bajka, nie poddajemy się. Noga. Bark. Ałłła. Wskakuję do metra, na następnym przystanku wsiada pan z gitarą i chyba widzi moją minę, bo zamiast zbierać pieniądze od wszystkich pasażerów, podchodzi do mnie i zaczyna grać to (klik). Wolę wierzyć, że to z powodu rezygnacji malującej się na mojej twarzy, a nie nadziei na zarobek, bo chyba nie wyglądałam wczoraj na wybitnie majętną, a i z trzema torbami trudno byłoby mi nawet jakieś drobniaki znaleźć. Po metrze tramwaj – według rozpiski – cztery przystanki. Odliczam. Wysiadam. Gdzie ja jestem? Trzy przystanki za daleko. Wsiadam w tramwaj jadący w przeciwną stronę. Znowu za daleko. No przecież zwariuję. Czekam znów. Nadjeżdża tramwaj i… mija mnie. O tym, że do tramwajów, do których wsiadłam, ledwo wcisnęłam się z walizką nie wspomnę. A w środku prawie nikogo, pojedynczy panowie w stanie wskazującym, ni w ząb po angielsku, a mój francuski… starcza do czytania nagłówków gazet, więc za bardzo się nie przyda. Nie wiem, czy bardziej wściekła, czy zrezygnowana, idę pieszo. Zupełnie intuicyjnie. Uliczki, których nie mam na mojej mapie-prowizorce. Żywego ducha. Trrrrrr… trrrrr…. trrrr… kółka walizki. Dwadzieścia minut później – jest i ulica, jest i dom i ogród i frutka. Ciemno. Scena jak z horroru, żwir pod stopami, wokół mnie bluszcz, zaraz ktoś na mnie skoczy. Jest doniczka, szybko wyciągam klucz i biegnę do drzwi. Dziwnie do pustego domu wchodzić, nie lubię tego u siebie a co dopiero w nowym miejscu. Nie będę jednak stać pod drzwiami…

A w domu – połowa elektryczności padła, telefony, internet, przedłużacz, światła – kaputt. Kąpiel przy świecach miała swój urok.

Na szczęście o poranku wszystko wygląda inaczej, straszny nocą ogród zachwyca, w jasnym mieszkaniu jest najprzytulniej na świecie, a sprzedawcy w sklepie z uśmiechem podają świeżą bagietkę. Belgijska przygodo witaj.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “A piesek ma swoje opakowanie, czy leci na kolanach?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s