Parlamentarna wieża Babel

Zdjęć tym razem nie będzie, bom chora i uwięziona w domu. Miał być sport w parku, spacer, jutro WOŚP – ale chyba skończy się siedzeniem pod kocem z wodą imbirową, bo na kolejny tydzień w pracy na lekach nie mam ochoty. Tym bardziej, że większość farmaceutyków wywołuje u mnie lekki (a czasem całkiem konkretny) „haj”, a wierzcie mi, nie jest to stan wskazany w pracy.

Właśnie, praca. Raczej unikam pisania o tejże, ale zdarzają się sytuacje zwyczajnie zabawne (no dobrze, zabawne z pewnej perspektywy i po opadnięciu emocji), które chyba mogę opisać bez ryzyka, że napiszę za dużo.

Pierwszy tydzień, wiadomo, wszystko takie nowe, idąc na konferencję na 15.oo, od 9.oo zastanawiam się, czy i jak trafię, ile czasu potrzebuję, czy nie będę piszczeć w bramkach kontrolnych (choć już dawno powinnam porzucić nadzieję na zrobienie zamieszania w ten sposób, bo ani bramki na lotniskach, ani w Radzie, ani w Parlamencie, ani w biurze nie reagują na moją nogę). I jeszcze mail od szefowej – wyjdź sobie wcześniej, odbierz przepustkę, zapoznaj się z budynkiem, spotkamy się na miejscu.

Wyszłam o 14.oo. To chyba wcześnie? Do Parlamentu idzie się dwadzieścia minut – wystarczy. Nie jestem pewna, czy nie za wcześnie skręcam, ale uff, dobrze. Jeszcze park, jeszcze chwila pod górę, i voila, jest i Parlament. Zgodnie z wytycznymi i mapą, idę odebrać wejściówkę. Zatrzymuje mnie ochroniarz, tłumaczę, o co chodzi, na co on zdecydowanie odpowiada, że to nie tu, że muszę iść po schodach, przejść koło głównego wejścia, bla bla bla… Cóż, z ochroniarzem w takiej instytucji nie ma dyskusji, posłusznie podreptałam w kierunku rzekomego miejsca odbioru dokumentu. Pokierowana przez kolejnego ochroniarza, podchodzę do stanowiska, daję dowód…

– Can I have your document?
– ?! I just gave you my ID…
– Yes, but this is not enough.
– ?!

Pani zaczęła szeptem wymieniać uwagi po rosyjsku z koleżanką, by po chwili oznajmić mi, że tutaj to ja mojej wejściówki nie odbiorę, tu jest punkt dla prasy, a ja chyba muszę iść do protokołu. Muszę więc pójść… tam, skąd zawrócił mnie pierwszy ochroniarz. A, na zegarze 14.45.

Lekko już zziajana, biegnę z powrotem do punktu numer jeden, niemal się nie zatrzymując tłumaczę ochorniarzowi, że to jednak tu, że protokół („Ah, protocol! Yes, here!” – czy on w innym świecie był, kiedy przyszłam za pierwszym razem?), znajduję właściwe stanowiska, tłumaczę sytuację, podaję nazwisko…

– No, we don’t have your badge.
– But it’s supposed to be here! I have a conference in ten minutes!
– Sorry, miss, you need a document with you.
– But I have my ID, there was nothing on my email when I left the office!

No i w ten deseń jeszcze przez chwilę, wreszcie pani westchnęła, pogrzebała w papierach i dała mi przepustkę. Już miałam wychodzić, gdy uświadomiłam sobie, że nie wiem, gdzie dokładnie jest konferencja (a Parlament to nie taka mała rzecz).

– Excuse me, by any chance, do you know where the conference is held?
– Which conference?
– The one about Jan Karski… perhaps you could check on your computer?
– No, sorry.

Moje błagania nic nie dały, poleciałam więc do głównego wejścia. Jest 15.o3. W punkcie informacyjnym pytam o konferencję i… nikt nic nie wie. Dodatkowo pani twierdzi, że w systemie w ogóle o takim wydarzeniu nie ma informacji. Kątem oka widzę tłum w garniturach zmierzający do bramek bezpieczeństwa, pytam, czy przypadkiem ci ludzie nie idą właśnie na te konferencję, bo to ta pora. Nie, na pewno nie. „And anyway, you wouldn’t be able to enter the building without someone allowed to”. Ale że jak to?

Zrezygnowana zawróciłam i poszłam z powrotem do biura myśląc „jak ja się teraz pokażę”. Po dwóch minutach stwierdziłam, że to nie koniec świata i trudno, spróbuję jeszcze raz. W biurze sprawdziłam maila, okazało się, że już po moim wyjściu przyszedł dokument potrzebny do oficjalnego odbioru przepustki, wraz z dokładną lokalizacją konferencji. Wydrukować i tak bym go nie mogła, bo akurat padła nam drukarka. Spisałam potrzebne informacje i ruszyłam z powrotem do Parlamentu, w którym byłam o 16.oo. Jakiś życzliwy człowiek wytłumaczył mi, że do sali konferencyjnej dostanę się… przez wejście główne. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, weszłam do hallu głównego, nawet nie spojrzałam na punkt info, podeszłam do bramek bezpieczeństwa, gdzie zapytałam, czy tędy i z moją przepustką dotrę, gdzie trzeba, „Of course, yes, this is the way”. To było trzy metry od nieszczęsnego punktu informacyjnego. Przewróciłam tylko oczami.

Taka sytuacja, taki pierwszy tydzień, teraz już śmigam po instytucjach, jakbym w nich mieszkała od lat (no dobrze, zgubiłam się wczoraj w Radzie, ale się znalazłam, sama). Teraz trzeba się wyleczyć, bo intensywny tydzień nadchodzi z sesją plenarną, ale jak dobrze pójdzie, to w poniedziałek za dnia kilka zdjęć mam zamiar zrobić. Bo aż tak szaro w Brukseli nie jest, niebo często błękitne a i słońce czasem oślepia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s