Co to był za weekend!

Ostatni weekend, co się w Belgii rzadko zdarza, zaskoczył nas słońcem i czystym, błękitnym niebem. Po powrocie z pracy w piątek pojechaliśmy na lotnisko po A. Chociaż… wróć. Najpierw poszłam z dziewczynami na piwo – a wierzcie mi, piątek i wyjście z biura o 15.oo (!), to wystarczający powód do celebracji. Miny nam trochę zrzedły na widok deszczu i zaciągniętego nieba (a jeszcze godzinę wcześniej świeciło słońce i planowałyśmy spacer w kierunku centrum), postanowiłyśmy więc wejść do najbliższego pubu. Znalezienie takowego nie zajęło nam zbyt długo, w końcu to Belgia. Pub o dumnej nazwie ‚Franklin’ wyglądał z zewnątrz całkiem zachęcająco, poza tym, mając za plecami główny budynek Komisji Europejskiej, naprawdę trudno było się spodziewać tego, co czekało nas w środku…

To była bardzo „sytuacyjna sytuacja”, ale żeby dać jakieś wyobrażenie: Z nadzieją na ogrzanie się, relaks po tygodniu pracy, dobre piwo – otwieramy drzwi pubu. W ciągu sekundy uderza nas ciemność, dym, smród, jakieś dziwne zawieszenie w czasoprzestrzeni, brak powietrza. Wszystkie sześć par oczu (trzech panów przy stoliku, jeden pod oknem, jeszcze jeden, przypominający figurę woskową, oparty o ścianę, kelnerka) – wlepione w nas. Trzy paniusie w płaszczykach, z torebeczkami, mocno skonsternowane. Na chwilę czas się zatrzymał, scena iście filmowa, patrzymy po sobie i niemal jednocześnie mówimy coś w stylu „chyba wychodzimy”. Przeciskamy się przez wąskie drzwi i już na zewnątrz, wybuchamy śmiechem. Kto by przypuszczał, że taka speluna znajduje się dokładnie naprzeciwko jednej z najważniejszych unijnych instytucji? Niewiele się zastanawiając, pędzimy w deszczu do irlandzkiego pubu na dole ulicy – tym razem oddychamy z ulgą, pub jest przyjemny, przyjazny, przytulny i oferuje piwo zarówno belgijskie, jak i irlandzkie.

ciemno-8331

ciemno-8320

ciemno-8325

ciemno-8323

ciemno-8324

ciemno-8326

ciemno-8338

W wyśmienitym humorze dojechałam do domu, by dziesięć minut później już z niego wychodzić – pojechaliśmy na lotnisko po A. Brukselskie lotnisko to temat na osobny wpis, ale dam mu (lotnisku) jeszcze jedną szansę za tydzień, kiedy będę wracać do Polski. Póki co jednak niespecjalnie się lubimy. Wieczorem, już w piątkę, zaczęliśmy rodzinny weekend. Inaczej zwany weekendem jedzenia, jedzenia, jedzenia… (tak to przynajmniej wygląda na zdjęciach, bo w rzeczywistości było też na szczęście sporo spalania kalorii na spacerze jednym i drugim, grając w Wii, oraz podczas szaleństw na parkiecie).

Poniżej: Taką zdolną mam bratową, o! Tarta i sałatka z kreweciorami (łypały tymi swoimi oczętami, ale przemogłam się i zjadłam).
ciemno-8350

A takiego zdolnego mam brata, o-o! Bigos na imprezę się tworzy.

ciemno-8356

ciemno-8365

W sobotę poszliśmy na spacer do parku, bo ile można siedzieć w kuchni, nawet jeśli szykuje się na własną rękę imprezę na, uwaga… 55 osób. Nie, nie pomyliłam się. Tyle osób z powodzeniem zmieściło się w mieszkaniu i z powodzeniem zrobiło taki bałagan, że na drugi dzień tylko jęknęłam wchodząc do kuchni.

weekend-8389

Na szczęście, co cztery pary rąk, to nie jedna i popołudniu w niedzielę mogliśmy wyjść z domu. Podjechaliśmy w okolice St. Catherine, gdzie zaraz po wyjściu z auta czekały na nas takie dziwnostki… Ciekawe, nie zauważyłam, żeby Belgowie byli ponadprzeciętnie wysocy.

weekend-8494-4

… what is your temptation? W tym miejscu znajduje się alternatywne-artystyczne centrum, choć w tę niedzielę nic się nie działo, miejsce było raczej wymarłe, a przy stolikach siedziały pojedyncze osoby i sącząc piwo lub wino, czytały książki. No, artyści na całego.

weekend-8495-2

Słabość mam do uliczek z widokiem na fasadę kościoła, ot co.

weekend-8496

weekend-8500

Ulica lobsterowa.

weekend-8497

Tu podobno przepyszna, świeża ryba. Sądząc po kolejce i obrocie, jaki ma to miejsce, jest to bardzo prawdopodobne. Dla nas jednak na stanie na zewnątrz, a tak się tu jada, było za zimno…

weekend-8501

… co widać po pustych stolikach poniżej. W środku jednak – pełno ludzi.

weekend-8509

Poniżej: wystawa fotograficzna, pokazująca wielokulturowość i wieloetniczność brukselską. Jakoś to wszystko działa, choć multi-kulti jest tu naprawdę ogromne.

weekend-8511

Doszliśmy do Grand Place’u, wybraliśmy knajpkę pod kątem dobrego widoku na iluminacje świetlne i… iluminacji nie było. Piwo było na szczęście bardzo dobre. Nie dajcie się jednak zwieść nazwie, na pozór angielskiej.

Ja: For me Mystic Peach (mystik picz) please.
Kelner: ??
Ja: (mystik picz) please.
Kelner: Excuse me… which one?
Pokazuję palcem w karcie.
Kelner: Aaa, Mystique PESZ!

W drodze na kolację przewędrowaliśmy jeszcze kilka ulic, po drodze spotykając pana, grającego na przedziwnym instrumencie. Bardzo ładne dźwięki, nagrałam filmik, jak zmontuję filmik brukselski, co pewnie potrwa, to pan się na nim z pewnością pojawi.

weekend-8525

No dobrze, dotarliśmy na kolację. Miałam już pzyjemność być w tym miejscu podczas poprzedniej wizyty w Brukseli, więc wiedziałam, czego się spodziewać – czegoś bardzo dobrego…

weekend-8528

… i nie chodzi mi tylko o tajskie piwo Singha…

weekend-8530

… ani o pierożki, które zjedliśmy, zanim zdążyłam zrobić zdjęcie.

weekend-8532

Oto gwiazda wieczoru – najlepsze czerwone curry (oczywiście wegetariańskie), jakie jadłam. Co prawda po pierwszym kęsie zrozumiałam, dlaczego kelner dziwnie na mnie spojrzał, kiedy wybrałam danie z dwom papryczkami w opisie – wersja najbardziej pikantna, ale odpowiednia ilość ryżu i piwa pozwoliła mi ze smakiem zjeść danie. P r z e p y s z n e.

weekend-8534

weekend-8535

weekend-8536

weekend-8537

Na koniec „ciekawostka” – publiczny pisuar. W dodatku na ścianie kościoła! Czynnego kościoła. Takich miejsc jest w Brukseli więcej. Dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe, ale może jest jakaś teoria tłumacząca to kuriozum.

weekend-8538

I wieczorna Bruksela, już naprawdę na koniec:

weekend-8541

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Co to był za weekend!

  1. Pesz to do francuskiego peche. Zaręczam, że we Flandrii były „picz” i tyle ;-).

    Co do pisuarów to one mają bardzo długą tradycję, bo i sikanie pod chmurką ma w Belgii długie tradycje. Nie wiem, co było jajkiem, a co kurą, w każdym razie te pisuary pod kościołami to po prostu rozwiązanie problemu ludzi obsikujących mury kościołów ;-). Pamiętam mój lekki szok, który przeżyłam na widok zupełnie otwartego przenośnego pisuaru na Dniach Gandawy ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s