Rosyjskie początki

No i tak. Jestem w Rosji od kilku dni i myśli już tyle, że starczyłoby na miesiąc. I tak jakby się w Petersburgu zakochuję, choć nad bezsennością i podekscytowaniem typowymi dla zakochania zwycięża póki co jet-lagowa senność. Trzy godziny różnicy czasowej to jednak sporo. W sobotę obudziłam się o 13.oo (tłumacząc sobie, że to 1o.oo polskiego czasu i jak na odespanie po podróży, to nie tak źle), w niedzielę o 12.oo (czynię postępy!) i po godzinie zasnęłam znów, by obudzić się o 16.3o. Jak tak dalej pójdzie, może wraz z wydłużającym się dniem dojdę do przyzwoitego poziomu, a prawdopodobnie zmuszą mnie do tego zajęcia na uczelni i złowieszczo śmiejąca mi się w twarz praca magisterska (we wtorek obudziłam się o 8.oo tutejszego czasu, postępy czynię w tempie zastraszającym). Trzeba jednak przyznać, że przy późno wstającym słońcu (po 1o.oo), całe miasto inaczej funkcjonuje. Urzędy zaczynają później pracę, na ulicach pusto, natomiast wieczór przeciąga się do nocy, sklepy na Newskim przez siedem dni w tygodniu otwarte są do 22.oo (dla odmiany przypomnijmy sobie Brukselę…) i wracając do akademika autobusem po 23.oo, czuję się jak w komunikacji miejskiej w Gdańsku za dnia.

Właśnie, akademik i autobusy…

Akademik – jak na rosyjskie standardy rewelacja (jak na zachodnie – nie będę pisać, domyślcie się). Duży pokój w wielkim komunistycznym bloku, w którym mieszkania zostały przystosowane i podzielone pod akademik. Moją współlokatorkę poznam za miesiąc, bo jest teraz na praktyce w Iranie (!), wiem, że to Rosjanka i z tego co wnioskuję po plakacie nad jej biurkiem, lubi rosysjką poezję (lub tylko Annę Achmatową). Poza tym, bardzo przyjazne warunki – mogę wychodzić i wracać, kiedy chcę, recepcja czynna jest 24 godziny na dobę, a oddawanie klucza przy każdym wyjściu, jakkolwiek wydawało mi się dziwne na początku, uważam teraz za sensowne i bezpieczne.

Autobusy – cóż za wspaniałe pojazdy. W każdym pani konduktorka (zazwyczaj, choć czasem pan konduktor) sprzedająca bilety z wielkiej rolki (25 rubli bilet), ogłaszająca przystanki, zagadująca i zazwyczaj bardzo życzliwa i wskazująca wolne miejsce. Zabawnych sytuacji nie brak, w niedzielę po mszy czekałam na mój autobus numer 7, po kilkunastu minutach oto i jest, nadjeżdża numer 7. Ochoczo wskoczyłam do środka, kupiłam bilet, ale już po chwili coś nie do końca mi pasuje – jakoś inaczej przejeżdżamy na drugi brzeg Newy. Nic to – myślę – pewnie zmiana trasy. 20 minut później czuję zdecydowanie, że coś jest nie tak – i faktycznie, dojeżdżamy do pętli, jestem tylko ja i konduktor, który każe mi wysiadać. Może nie jest z moim rosysjkim tak najgorzej, skoro dałam radę wyjaśnić, gdzie chcę dojechać i co się stało – otóż, uwaga:

Ewa: Przecież to jest autobus numer 7, on powinien tam jechać.
Konduktor: To nie jest autobus numer 7, tylko t r o l e j b u s numer 7…

Pozostawię to bez komentarza. Cała ja. Cała.

Z pozostałych wrażeń – kosmiczne ceny tutaj są… Takie, hm, europejskie, warszawskie co najmniej. I to rosyjskich produktów. Zagraniczne natomiast… kilkukrotnie droższe. Ser camembert – 285 rubli, nutella – 230, łosoś – 400. I tak dalej, ogólnie wszystko, co importowane, ceny ma zaporowe. Bardzo wyraźnie widać wysoką politykę ekonomiczną w codziennym życiu. Radośnie wcinam więc rosyjskie twarożnyje produkty we wszystkich wariacjach smakowych (pyszne!). W całodobowym supermarkecie, który mam po drugiej stronie ulicy (wchodzę do sklepu około północy, wita mnie rosyjskie disco polo na cały regulator – bezcenne) widziałam też mrożone gruzińskie chinkali na wagę – autentycznie się wzruszyłam. W ogóle dużo tu gruzińskich restauracji, a zaraz obok dominikanów na Newskim jest kościół ormiański. I te wszystkie cerkwie… tyle do zobaczenia. Jak tylko napiszę choć trochę magisterki…

Ale właśnie – dominikanie. Poszłam w niedzielę na mszę o 19.oo – po rosyjsku (to w ramach bombardowania językiem; kulawo bo kulawo, ale zaczynam sama do siebie mówić po rosyjsku). Całkiem zrozumiale było, a dodatkowo kartka z czytaniami bardzo pomogła – chyba wszędzie za granicą ten zwyczaj jest praktykowany, tylko nie w Polsce. Dobra rzecz.

To, że zaczynam się jakoś w Petersburgu orientować i że nie zginęłam tu po wyjściu z samolotu, zawdzięczam Justynie, która jest najcudowniejszą osobą na świecie. Odebrała mnie z lotniska, pomogła zainstalować się w akademiku, pokazała sklepy i objaśniła, jak się poruszać po mieście. Szczęście mam ogromne, bo dzięki Justynie poznaję też teatr od zaplecza, o czym chyba osobny wpis będzie. Już na drugi dzień po przyjeździe, w sobotę, zostałam wprowadzona na dużą scenę na Makbeta – siedząc w drugim rzędzie (ha!) obejrzałam pierwszy akt (pozostałe innym razem, spektakl trwa pięć godzin), zjadłam obiad na teatralnej stołówce (widelec co rusz zastygał mi w powietrzu, gdy przy stolikach obok siadali aktorzy, których przed chwilą widziałam na scenie…), zajrzałam na scenę zza kulis, odwiedziłam garderobę, gdzie grupa Justyny przygotowywała się do swojego spektaklu na małej scenie i poznałam przyszłe gwiazdy teatru, pokręciłam się „wszędzie” i wreszcie usiadłam na widowni małej sceny i obejrzałam spektakl w wykonaniu studentów. Coś czuję, że od teatru zakręci mi się w głowie przez najbliższe miesiące. I dobrze, bo takiego grania nigdy nie widziałam. Energia taka, że słów brak. Tego w Polsce nie ma. Nigdzie. Wczoraj były urodziny Justyny, piękne świętowanie w teatrze właśnie. Zdjęcia będą, jeśli uzyskam zgodę na publikację.

russia1-0927

Poniedziałek – globalne ocieplenie. Buty obryzgiwane błotem (jak tu się brudzą buty!), z nieba śniegodeszcz topiący się na policzkach. Wyprawa na uczelnię – ponad godzina. A prawdopodobnie cztery razy w tygodniu będę musiała na nią jeździć, dlatego kupiłam sobie dzisiaj Tołstoja i Achmatową w oryginale i będę czytać w drodze na uczelnię. To jedyne sensowne rozwiązanie, bo marnowanie takiej ilości czasu mnie przeraża. Na kartę przejazdową też czekam jak na zbawienie, bo płacenie 150 rubli dziennie za dojazd na uczelnię i z powrotem niezbyt mi się uśmiecha.

Również poniedziałek – wyprawa do komendanta, żeby zapłacić za akademik (bo przecież bez sensu zorganizować punkt opłat w samym akademiku, prawda?). Jedno okienko – żeby odebrać druczek do zapłaty. Drugie okienko – do zapłaty właściwej. I tym sposobem pracę mają dwie osoby, nie jedna. Rozumiecie już, skąd tak niskie bezrobocie w Rosji?

A wczoraj załatwianie internetu, czyli kolejna historia, wraz z współlokatorką z Chin krążymy wokół głównego budynku uczelni, wreszcie postanawiam poprosić kogoś o pomoc, zaczepiam dwóch chłopaków idących z naprzeciwka:

– Hi, do you speak English?
– Eee… a little…
– Ok, do you know where the internet office is?

Chłopcy zaczynają nawijać do siebie szeptem, nagle moja koleżanka zaczyna świergotać po chińsku, oni bardzo uradowani także. No i tak sobie wytłumaczyli, gdzie mamy iść, zaprowadzili nas we właściwe miejsce, a ja z miną jak na tureckim kazaniu potulnie podreptałam za nimi. Jak widać z dobrym skutkiem, bo internet mamy, choć do końca lutego dość wolny, ale od marca będzie śmigać. W związku z tym nadzieja na regularne pisanie jest. Zdjęcia też będą.

I jeszcze wesoła sytuacja dzisiejsza. Budzę się rano, oczywiście jeszcze ciemno, po omacku docieram do drzwi, chcę włączyć światło… ups, nie ma prądu. Myślę sobie, że trzeba będzie zgłosić to w recepcji, robię kilka kroków w stronę łazienki… chwila, tu też nie ma prądu. W całym mieszkaniu jest ciemno. Bardzo ciemno. Coś powoli zaczyna do mnie docierać – jakieś kartki z informacją o 12 lutego były porozklejane w windzie i na korytarzach… ale tak jak zawsze studiuję takie rzeczy po pięć razy, tak 11 lutego byłam zbyt rozkojarzona, żeby zatrzymać dłużej wzrok na ogłoszeniach, na których, jak się dowiedziałam od współlokatorów (kiedy już wymamrotałam co mi przyszło do głowy w kierunku mroków i czeluści łazienkowych), była informacja o braku prądu przez pół dnia właśnie dzisiaj. Ani prysznica, ani kawy (bo kuchenka oczywiście elektryczna, co zauważyłam dopiero stawiając na płycie kawiarkę), wspaniały początek dnia. Winda też mi się zaśmiała w twarz, ale dzielnie znalazłam wyjście awaryjne i pomknęłam po ciemku po schodach z ósmego piętra.

Całą sobą podpisuję się pod stwierdzeniem, że Rosja to nie kraj, to stan umysłu.

russia1-0926
russia1-0928

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s