Eta Rossija…

Mam spory problem z pisaniem o rzeczach negatywnych i trudnych, bo co przytrafi mi się coś burzącego piękny, ciekawy, fascynujący, zabawny, cudowny obraz podróżowania i bycia w nowym miejscu, to zanim siądę do pisania, stwierdzam, że to w sumie nic takiego. I tak jest – trudno, żeby cały czas było łatwo. A od narzekania jeszcze nikomu się nie poprawiło. Może więc bez narzekania, ale z lekkim przymrużeniem oka – o piątku (bynajmniej nie trzynastego), który sprawił, że pod koniec dnia czułam się jak po wyjściu z pralki.

Budzę się o świcie (czyt. po 8.oo), nieprzytomna, bo poprzedniej nocy siedziałam nad tekstami na zajęcia do 5 rano (niepotrzebnie, jak się potem okazało), a z czwartku na piątek poszłam spać po 3.oo, przypominając sobie, o czym to ja piszę magisterkę, żeby wiedzieć, co przed komisją powiedzieć. Dlatego wizja zajęć, na które miałam wyjść za godzinę, raczej mnie nie zachwycała. Nauczona doświadczeniem poprzedniego tygodnia, czuję intuicyjnie, że zajęć nie będzie. Z drugiej strony, wykładowczyni zarzekała się, że będą. A dodam, że tylko dwie osoby robią ten kurs. Głupio nie przyjść. Siłą woli wychodzę z łóżka (lewą nogą), doprowadzam się do stanu wyglądalności i jadę na uczelnię. Oczywiście, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, prawo Murphy’ego działa idealnie. Czas ucieka, ja czuję się już spóźniona, na przystanek podjeżdżają same marszrutki, autobusu ani widu… Wreszcie, jest! Wlecze się niemiłosiernie… wyskakuję na przystanku przy metrze, światła oczywiście czerwone, dlaczego mnie to nie dziwi. Pędem do metra, gdzie (oczywiście) tłok straszny – w ogóle muszę popełnić osobny wpis o metrze petersburskim; zaczynam zbiegać po schodach (jedna z najgłębszych sieci metra na świecie, nie wiem, skąd ci ludzie mają cierpliwość stać na tych schodach), gdzieś tam słyszę przez megafon „не бегатъ!”, ale zajmuje mi dłuższą chwilę zrozumienie, że to do mnie. Trudno, trzeba biec. Sto metrów w pionie samo się nie pokona. Na metro czekam nieznośnie długie trzy minuty, wreszcie jest, jadę. Wybiegam ze stacji, lecę na przystanek, trolejbusu nie ma. O, jest. Jest i korek przy dworcu… Jeszcze dziesięć minut pieszo i jestem na uczelni. Biegnę pod salę i… całuję klamkę. Tak właśnie. Zajęć nie ma. W sekretariacie dzwonią do wykładowczyni (którą podobno chwilę wcześniej widziano na korytarzu), ta zaś mówi, że nie ma pojęcia, dlaczego nie wiedziałam, że nie ma zajęć, a ją boli ząb. Ewa, nie denerwuj się, oddychaj, to Rosja.

Prawie dwie godziny czekania na spotkanie z komisją magisterkową. Wreszcie, gdy komisja przybywa, słyszę, że wchodzimy w porządku alfabetycznym. Aż jęknęłam… perspektywa kilku godzin na korytarzu i totalnej nieprzytomności nie wywoływała uśmiechu na mojej twarzy. Jakby tego było mało, po chwili okazało się, że mojego nazwiska nie ma na liście (czyżby moja kochana uczelnia w Bolonii zapomniała?), więc jestem na końcu. W głowie zrobiło mi się bardzo niecenzuralnie. Było mocno po 13.oo, ja byłam wstępnie umówiona z Justyną na wyrabianie przejazdówki, bo tempo, w jakim wydawałam pieniądze na transport, było przerażające i to był jedyny dzień, kiedy mogłyśmy to zrobić. Machnęłam ręką na ludzi z roku, których na szczęście zobaczę dopiero na obronie we wrześniu, więc tylko przez kilka minut musiałam znosić ich wściekłe spojrzenia, i w dosyć bezpardonowy sposób weszłam na rozmowę poza kolejką. Komisja wydawała się być bardzo zadowolona z mojej prezentacji, dziękuję, do widzenia, uciekam stąd. Nie tak prędko jednak – wpadłam do szatni o 14.o1, a tam… kartka z informacją, że od 14.oo do 14.3o jest przerwa obiadowa. Nie, wcale się nie zdenerwowałam. Na szczęście o 14.1o pani szatniarka była już po obiedzie.

I znów – trolejbus, metro, spotykam się z Justyną, jest 15.15, J. ma na 16.oo próbę w teatrze. Przejazdówkę załatwia się w budynku metra, z którego wysiadłam. Albo raczej – załatwiało się. Na drzwiach kartka, że teraz przejazdówki to gdzie indziej… kilka stacji metra stąd, w kierunku, z którego przyjechałam. Czy to jakieś wariatkowo? Nie, to Rosja. Jedno i to samo w sumie… Wpadamy do metra, mi już kręci się w głowie (sto metrów w pionie pokonywane co kilka minut jednak robi swoje), wyskakujemy na właściwej stacji, jakoś znajdujemy właściwe biuro (schowane po drugiej stronie ulicy między budynkami), tam w samoobsługowej maszynie mój numer paszportu ma oczywiście za dużo cyfr, nie ma mnie w bazie danych, pani każe nam wypełnić druczek i iść do konkretnego banku (twierdzi, że niedaleko) uiścić opłatę, potem wrócić do niej i działać dalej. No to dawaj, szukamy banku. „Niedaleko” to było 15 minut biegiem w jedną stronę. Z ciężką torbą, w puchowej kurtce i wełnianym szaliku. Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądałam. W banku od okienka do okienka, ale załatwiłyśmy, co trzeba. Z powrotem bieg do biura. A tam… zdjęcie mi chcą robić. Szczerze mówiąc, to, jak wyglądam, to była ostatnia rzecz, o jakiej myślałam i dostałam takiego ataku głupawki przed kamerą, że moje zdjęcie na karcie jest, jakie jest. Podpisując dokument potwierdzający odbiór karty i opłatę, spojrzałam w ekran komputera pani obsługującej stanowisko. Na całym ekranie pasjans. Nie mam pytań. Rosja i efektywna praca to tak jakby oksymoron.

Wróciłam na pół godziny do akademika, obiad, prysznic, i do teatru. Reset kompletny na ‚Szkicach’ Dostojewskiego. Uff.

***
I na koniec kilka słów o Ukrainie, bo choć to nie blog polityczny, to od tematu uciec się nie da. A czytanie wiadomości o tym, co dzieje się na Ukrainie, oglądanie zdjęć czy samo myślenie o tym, kończy się u mnie płaczem. Przedziwnie jest słuchać o Ukrainie będąc w Rosji. Nie chcę tu komentować sytuacji, ale dać przykład na to, jak w codziennych sytuacjach temat „żyje”. Zakładam, że inteligentny odbiorca (a tylko takich tu mam) sobie poradzi z interpretacją.

No to scenka. Uniwersytet, zajęcia. Lampka zapala mi się w głowie przy omawianiu założeń polityki rosyjskiej. Wiadomo, że w Rosji prawa grupy są ważniejsze niż prawa jednostki. W porządku – to znaczy nie w porządku, ale to jest jasne i oficjalne tutaj. Natomiast gdy słyszę wykładowcę mówiącego: „Przykładem jest sprawa Pussy Riot; Zachód jest oburzony, że pogwałcono prawo wolności słowa trzech dziewczyn, ale z punktu widzenia Rosji, zostało naruszone prawo grupy religijnej. W związku z tym kara jest usprawiedliwiona, poszły do więzienia za obrażenie uczuć religijnych”. No przecież myślałam, że szlag mnie trafi. Nie lubię (kto lubi?) być traktowana jak idiotka, a tak się poczułam. Wszyscy doskonale wiedzą, za co Pussy Riot poszły do więzienia i bynajmniej nie była to obraza uczuć religijnych. Ale, miało być o Ukrainie. Te same zajęcia, kilka minut później. Wykładowca: „Nie chcę oczywiście przedstawiać tu osobistej opinii, ale zastanówcie się; mówicie, że media pokazują autorytarne rządy i znienawidzonego prezydenta, że demonstranci działają w słusznej sprawie – to wszystko zachodnie media. Nie usprawiedliwiam zabijania ludzi, ale jak inaczej rząd miał zareagować? Zastanówcie się, jakiej reakcji byście się spodziewali, gdyby tłum maszerował na Biały Dom w Waszyngtonie?”. Ręce opadają. Jakoś tak się dziwnie składa, że nikt na Biały Dom ani inną siedzibę rządu nie maszeruje, tylko na Ukrainie. Jakoś tak się składa, że ludzie nie obudzili się przedwczoraj i ruszyli na Majdan, tylko siedzą tam od tygodni, a sytuacja niestabilna jest od miesięcy. Jakoś tak się składa, że są zdesperowani i mają ku temu powody. A ja nie jestem w stanie spokojnie czytać rosyjskich gazet i patrzeć na teatr marionetek, z kukiełkami sterowanymi przez Sami-Wiecie-Kogo.

***

Dziś „Dzień Chłopaka”… jeszcze jako ciekawostka – skąd to święto się wzięło i dlaczego jest tak popularne w Rosji? Otóż pierwotnie było to święto Armii Czerwonej, a dokładniej Dzień Rosyjskiej Armii i Floty Wojennej. W związku z tym, że obchodzone jest dwa tygodnie przed Dniem Kobiet, a uznaje się, że dzień żołnierzy to w sumie dzień mężczyzn, bo wszyscy walczący w obronie ojczyzny to mężczyźni, to zmieniono oficjalną nazwę święta. Kobiety starają się dać jak najlepszy prezent mężczyznom, bo same chcą otrzymać coś specjalnego w swoim dniu. Dlaczego akurat 23 lutego obchodzimy to święto? Oficjalnie jest to dzień utworzenia Armii Czerwonej i od 1923 roku było to święto celebrujące tę okazję, stąd pozostała „huczność” tego święta. Wszystkiego najlepszego panowie :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s