Jak nie dać się zwariować turystycznej presji, czyli o Ermitażu słów kilka / State Hermitage Museum

Bardzo nie lubię ‚wskazówek’ typu „Być w Petersburgu i nie odwiedzić Ermitażu, to jak…”, „10 rzeczy, które w Petersburgu (lub gdziekolwiek indziej) zobaczyć trzeba”, „20 (żeby dwadzieścia, zwykle jest tego sto) perełek architektury, których nie możesz przegapić” i tak dalej. ‚Trzeba’? ‚Nie możesz’? Dziękuję za takie przewodniki. Mam alergię na wszelkie ‚must have’ i ‚must see’ i takie wskazówki wywołują u mnie skutek zupełnie odwrotny, niż zamierzony. Co prawda Ermitaż odwiedzić chciałam i było dla mnie oczywiste, że to zrobię, ale zaczęłam się irytować, kiedy kilka razy odbyłam rozmowę, wyglądającą mniej więcej tak:

– I co już widziałaś w Petersburgu, byłaś w Ermitażu?
– Nie.
– No co ty, nie byłaś w Ermitażu?
– Jeszcze nie.
– A ty nie studiowałaś historii sztuki?
– Studiowałam.
– I nie byłaś w Ermitażu?!
– Nie.

I don’t like advice like ‚Being in St. Petersburg and not seeing the Hermitage is… impossible!’ or ’10 things you have to see in…’ or ’20 amazing architecture pieces, which you can’t miss’ etc. Seriously? Maybe I’m exaggerating, but I am paralysed when someone tries to tell me that I ‚have’ to do something. The effect is the reverse of what the person wished for. Of course I wanted to see the Hermitage but I became really irritated when at least a couple of times I’ve had this kind of conversation:

– So, what have you seen in St. Petersburg so far? Have you been to the Hermitage?
– No.
– You haven’t been to the Hermitage?!
– Not yet.
– But you’ve studied history of art, right?
– Right.
– And you haven’t been to the Hermitage?!
– No, I haven’t.

ermitaz-0004-2

ermitaz-0005

Nic na siłę. Kiedy już ‚wreszcie’ poszłam do Ermitażu, spędziłam tam mniej niż półtorej godziny. Pokazując legitymację studencką (z całego świata), otrzymujemy bezpłatną wejściówkę, nie widzę więc powodu, żeby zmuszać się do całodziennego bombardowania głowy i oczu (i w sumie też nóg) sztuką. Nie wierzę, że po takim maratonie można cokolwiek zapamiętać. Przy mojej pierwszej (bo na pewno nie jedynej) wizycie przeszłam się przypadkowo po komnatach pałacowych, ale moim głównym celem była sztuka końca XIX i początku XX wieku. I nawet to, co zobaczyłam, było dla mnie na granicy przesytu. Kiedy mieszkałam w Londynie, potrafiłam wejść do Tate Modern tylko po to, żeby pół godziny posiedzieć przed obrazem Rothko. Na nic innego nie zwracałam uwagi. Doskonale rozumiem osoby, które mówią, że nie lubią zwiedzania. Zwiedzanie w tradycyjnym rozumieniu jest według mnie najzwyczajniej nudne i jednocześnie wywiera na człowieku ogromną presję. Ja sama sobie kiedyś taką presję narzucałam i było mi z tym bardzo źle – teraz po prostu podchodzę do tego z dużo większym luzem i elastycznością. Jestem prawie tak wyluzowana, jak chłopiec pod kolumną na poniższym zdjęciu.

When I finally went to the Hermitage, I spent there less than an hour and a half. The good thing is that with a student ID you get free entry, so I don’t see a reason to spend a whole day in the museum which for me would be very tiresome. I personally can’t take in more than two hours in a museum or a gallery at one visit. I wandered around the palace rooms but what I really wanted to see was the 19th/20th century art.

ermitaz-0008

ermitaz-0009

Tyle słowem wstępu, należy się jednak kilka faktów o Ermitażu, żeby wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Ermitaż to państwowe muzeum sztuki w samym centrum Petersburga, nad rzeką Newą. Niegdyś jeden z pałaców cara Piotra I, Ermitaż został przekształcony przez Katarzynę II. Ermitaż oznacza dosłownie samotnię, pustelnię – podobno Katarzyna tak traktowała pałac. No cóż, miała nad czym rozmyślać, intryg w jej głowie było niemało. Francuskie płótna znalazły się w Ermitażu w drugiej połowie XVIII wieku dzięki znajomości carycy z Denisem Diderotem. W połowie XIX wieku zbiory zostały udostępnione szerokiej publiczności przez Mikołaja I. Wiele dzieł napłynęło do kolekcji Ermitażu w wyniku rewolucji w 1917 roku a następnie, po drugiej wojnie światowej, kiedy to Armia Czerwona wywiozła z Niemiec kilkadziesiąt obrazów impresjonistów. Do dzisiaj Rosja podtrzymuje, że była to forma ‚zadośćuczynienia’ za straty po stronie rosyjskiej (jedna trzecia Petersburga została zniszczona w czasie drugiej wojny). Z kolei kilkudziesięciu obrazów pozbyto się – a konkretnie pozbył się Stalin, sprzedając je za granicę.

Blisko 400 sal w sześciu budynkach (łącznie w Pałacu Zimowym znajduje się prawie trzy razy więcej sal), prawie 3 miliony eksponatów (z czego tylko 5 procent udostępnia się zwiedzającym), 25 kilometrów szlaku zwiedzaniowego. Rozpiętość historyczna i geograficzna eksponatów wprawia w zdumienie – od prehistorii po zaawansowany początek XX wieku, od Europy, przez Bliski Wschód, po Chiny i Japonię. Zbiory zachodnioeuropejskie są ponoć większe niż te w Luwrze, a to coś już mówi. Jeśli wydawało mi się w National Gallery, że widziałam dużo Rembrandta, to podobno jeszcze nie wiem, co to znaczy dużo Rembrandta – w Ermitażu znajduje się najwięcej jego obrazów na świecie (sprawdzę przy kolejnej wizycie). Co ciekawe, w Ermitażu nie trafimy na żadne dzieło z Polski… przedziwne, przy tak bogatych zbiorach. Może dotyczy do tylko stałej ekspozycji, bo aż nie chce mi się wierzyć, żeby nic, ale to nic polskiego się w Ermitażu nie kryło. Tak jak pisałam na początku, wstęp dla studentów jest bezpłatny, normalny bilet kosztuje 400 rubli (35 zł), dla obywateli Federacji Rosyjskiej oraz Białorusi (ciekawe…) 300 rubli. W niektórych salach (na przykład z ikonami) jest zakaz fotografowania, jednak w większości komnat można robić zdjęcia (gdy nieśmiało o to zapytałam, pani pilnująca sali spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała, że „oczywiście!” – wyobrażacie to sobie w polskim muzeum z niewiele wartymi eksponatami?).

Na koniec ciekawostka. Wiedzieliście, że Ermitażu pilnują… koty? Kilkadziesiąt kotów mieszka sobie w ermitażowych piwnicach, wyleguje w biurach… W XVIII wieku sprowadziła je caryca Katarzyna, by chroniły pałac przed myszami i szczurami. Dzisiaj może zagrożenie to jest mniejsze, ale koty zostały i mają się dobrze. Teoretycznie nie mogą wejść do muzealnych komnat, ale kto kotu zabroni? Podejrzewam, że czasem udaje im się przemknąć do właściwego muzeum.

ermitaz-0012-2

ermitaz-0014

ermitaz-0017

ermitaz-0015

ermitaz-0018

ermitaz-0021

I najnowsza, najbardziej mnie interesująca sztuka w Ermitażu:

ermitaz-0023

ermitaz-0025

ermitaz-0026

ermitaz-0027

ermitaz-0029

ermitaz-0030

Może część osób dziwi się, skąd te zdjęcia z bliska (makro to jeszcze nie jest). Otóż tak po prostu mam, że bardzo lubię niemal przykleić się do obrazu. Wpatrywać w pęknięcia, szukać ruchów pędzla, załamań pigmentów. Nie wiem, czy to konsekwencja roku zajęć z konserwacji, chyba nie – zawsze tak miałam. Trochę jest to porównywalne z moim sposobem doświadczania kościołów – zamiast oglądać każdy witraż, przyklejam się do murów, przykładam dłoń do kolumn, przymykam oczy i chłonę miejsce, próbując poczuć wieki modlitw, ludzi, którzy stali w miejscu, w którym ja stoję w tym momencie.

ermitaz-0031

ermitaz-0032

ermitaz-0033

ermitaz-0034

ermitaz-0035

ermitaz-0037

ermitaz-0041

ermitaz-0043

ermitaz-0044

ermitaz-0048

ermitaz-0049

ermitaz-0050

ermitaz-0051

ermitaz-0054

ermitaz-0056
ermitaz-0059

ermitaz-0061

ermitaz-0062

Reklamy

19 uwag do wpisu “Jak nie dać się zwariować turystycznej presji, czyli o Ermitażu słów kilka / State Hermitage Museum

  1. Ja z kolei Rosję miałem bardzo długo na liście, teraz, gdy rubel poszedł w dół, to w ogóle powinienem tam już pędzić, ale szczerze, chyba trochę poczekam, gdyż niechęci do tego kraju w ostatnim czasie to ja nawet nie kryję ;)

    • Rozumiem… ale naprawdę warto pojechać i spróbować oddzielić (w pewnym sensie, bo do końca się nie da) wyższą politykę od codzienności. To się przenika, wręcz codzienność jest tym przesiąknięta, ale zarazem to osobne kwestie :)

  2. ja raz na jakiś czas lubię odwiedzić muzea, coś jednak z moich artystycznych zainteresowań zostało (kiedyś chciałam iść na malarstwo). mam podobnie jak Ty, że potrafię siedzieć godzinami przed jednym obrazem i wpatrywać się w smugi pędzla. takie zboczenie trochę :)

  3. Wszędzie koty:) Na podstawie Twoich zdjęć stwierdzam, że też bym szybko czmychnęła do sztuki nowoczesnej. Fajnie, że zrobiłaś zdjęcia z tak bliska, bo dobrze widać fakturę płótna (mnie zachwyca).

  4. Cóż, moja odpowiedź będzie się znacznie różniła od poprzedników, ale może też ja nie jestem „backapackerem”, który gdzieś ma obiekty kultury i woli siedzieć przy piwie w jakiejś podrzędnej uliczce, gdy kawał historii i kultury czeka przed jego nosem. Moim zdaniem to po prostu ignorancja, która na pewno nie przystoi komuś, kto uważa się za osobę jakkolwiek wykształconą.
    W Piterze nie byłam, ale jeśli kiedyś będę, to zaglądnę do Emirażu choć na dwie godzinki. Mam świadomość, że pewnie przez ten czas i tak niewiele zobaczę, ale jeśli by się dobrze przygotować do takiej wizyty, to można skupić się na kilku wybranych wcześniej dziełach. Taki model zwiedzania doskonale sprawdził mi się w Wiedniu, gdzie „życie, to mało” by zobaczyć wszystkie dzieła mistrzów pędzla :)

    • w dużej mierze się z Tobą zgadzam :) lubię sobie w tej podrzędnej uliczce posiedzieć, ale są rzeczy/miejsca, które warto zobaczyć – w końcu nie bez powodu znalazły się na listach „must see” :) ja w takich wypadkach celuję w jakieś nieludzkie pory, np. o świcie – i wtedy jest gut :)

  5. Ja mam właśnie taki defekt, że miejsca z przewodnikowych top list lubię omijać. Na chodniku z piwem posiedzieć, obserwować ludzi, pofocic to i tamto, pozaglądać w boczne uliczki…to jst moje top. Od 5 lat mieszkam rzut beretem od Terrakotowej Armii w Xi’an i jakos nie mogę się ‚zmusić’;) Ale lubie swój dekfekt;)
    pzdr

  6. Oj, ja też nie lubię, jak mi ktoś coś narzuca i przyznam szczerze, że często rezygnuję ze zwiedzania muzeów na rzecz jakiejś wycieczki na łonie natury. Ale zdjęcia obrazów z bliska super! Też troszkę historii sztuki łyknęłam na wydziale grafiki ;) więc doceniam detal!

  7. Masz rację z tym zwiedzaniem na siłę. Ja z Luvru tez pamiętam nie za wiele, bo nie da się tego ogarnąć. Ermitaż to punkt pierwszy zwiedzania z moich lekcji rosyjskiego. A z tymi zdjeciami w muzeach to już to chyba i w Polsce dozwolone, w końcu to dobro publiczne i nikt nie ma prawa nam tego zabronić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s