Lisia nora, która okazała się lisim nosem / Lisiy Nos

Petersburg męczy. Prawdopodobnie wszystkie duże miasta męczą i nie odkrywam tu Ameryki, jednak właśnie w Petersburgu odczuwam to najbardziej dotkliwie. Dla porównania, Londynem poczułam się zmęczona dopiero po prawie trzech latach, tu po miesiącu się duszę. Podejrzewam, że powodów jest wiele, jednak te najbardziej widoczne to dzikie tłumy. Tu jest zwyczajnie za dużo ludzi, w dodatku rozlewając się na szerokich ulicach, sprawiają przerażające wrażenie. Ja dostaję ataku klaustrofobii społecznej szczególnie w metrze w godzinach szczytu, kiedy błyskawicznie buduje się tłum przed schodami ruchomymi. Podobnie reaguję na dwuetapowym przejściu dla pieszych, kiedy wielka fala ludzka rusza w moim kierunku i chce mnie zjeść, oczywiście.

Wczoraj, po całym dniu zajęć i kilku kursach metrem i trolejbusami, nie spodziewałam się specjalnie ekscytującego wieczoru. Wtem! Wychodzę z uczelni, dzwoni Justyna. Rzuciła nazwą stacji, na której miałam się zjawić (ton był oznajmujący), bo jedziemy nad morze. Uniosłam brwi w zdziwieniu, ale nie miałam nawet siły protestować ani dopytywać o szczegóły.

Spotkałyśmy się na stacji Чёрная ре́чка (te żyrandole!), gdzie próbowałyśmy dowiedzieć się, jak dojechać do Lisiej Nory. Wyobraźcie sobie, że nikt nie wiedział… Nic to, przecież się tak łatwo nie poddamy, choć muszę przyznać, ze w duchu zaczęłam wątpić w istnienie Lisiej Nory. Poniekąd słusznie, jak się okazało, bo po chwili okazało się, że to Lisi Nos, nie nora. Co nie zmienia faktu, że nadal nikt nie wiedział, jak tam dojechać. Przekierowywane z jednej strony ulicy na drugą, w końcu znalazłyśmy się po tej faktycznie właściwej, gdzie akurat stała marszrutka nam potrzebna. W porównaniu do gruzińskich pojazdów tego typu, to był pełen luks i hajlajf, choć jazda na stojąco z torbą w jednej ręce, a kawą w drugiej, też była wyzwaniem.

Zgodnie z prośbą Justyny, kierowca wysadził nas „przed mostem”. A tam… nic. Ogromna droga szybkiego ruchu, brak pobocza, zupełne wygwizdowo. No ale przecież się nie poddamy… racja? Dobre dwadzieścia minut marszu, ciemno, pusto, nagle na horyzoncie pojawia się supermarket. Pan obstawiający schody powiedział, że nad morze to ze 3 kilometry. W duchu jęknęłam. Naszą rozmowę usłyszał mężczyzna ładujący zakupy do auta (okazało się, że był ochroniarzem na sąsiedniej plaży) i zaoferował podwózkę.* Już widzę minę mojej Mamy, która zapewne przeczyta ten wpis… Spokojnie, byłyśmy ostrożne i świadome. Wysiadłyśmy z auta przy samej plaży i zaniemówiłyśmy. Zamarznięta zatoka, zachodzące słońce, nikogo oprócz nas. Nareszcie można odetchnąć. Głęboko. Jedyny dźwięk to ten pękającego lodu i bijącego serca.

It’s easy to feel tired in St. Petersburg. This is probably true for most of the big cities, but the feeling is really deep here. In London, I felt tired of the city after almost three years of living there, here it’s been only  a month and I find it hard to breath fully. I assume there are various reasons for that, but one of the most obvious ones are the crowds. On the streets, in the underground… Perfect background for my social claustrophobia.

Yesterday, after a whole day of lectures and going around the city on public transport, I didn’t expect anything exciting in the evening. But as I was leaving uni, Justyna called me and just announced that I have to come to the Чёрная ре́чка station and we’ll go to the seaside. I was quite surprised, but did not even attempt to protest or ask any questions. We met at the station and with some difficulties tried to get information on how to get to Lisiya Nora (which turned out to be Lisiy Nos which means the fox’s nose literally), but finally got on the right marshrutka. We got off in the middle of nowhere eventually and after a long desperate walk we found a supermarket where we asked for the way to the seaside only to hear it was like some 3km from where we were (and it was past 8 pm already). Then a random man overheard our conversation and offered to give us a lift to the seaside (mum, don’t kill me for that). And then… no words are enough. We were speechless (well not really, Justyna was screaming like crazy). It was so worth it. Finally, breathing. Frozen gulf, sun going down, and the only sound is the ice cracking. And your heart beating.

*Niesamowita jest w Rosji bezinteresowność codziennie spotykanych ludzi. Portier na uczelni ze śmiechem komentuje wielkość mojej torebki, w której nie mogę znaleźć legitymacji, wreszcie mnie przepuszcza bez legitymacji. Dwie godziny później wychodzę z uczelni ze znalezioną już legitymacją i znów rozmawiamy, portier pamięta sytuację. Pani szatniarka wieszając moją kurtkę pyta, ile mam danego dnia zajęć, innym razem mówi, jaka jestem piękna, jeszcze innym – z troską gani za brak czapki przy mrozach („ty nie sobaka, twoje włosy nie grzeją!”). Pani w pralni zapamiętuje moje imię przy pierwszym praniu, konduktorzy w autobusach i trolejbusach zagadują z zainteresowaniem, pytając o drogę na ulicy zawsze spotykam się z życzliwością i chęcią pomocy – nawet jeśli ktoś nie potrafi wskazać mi drogi, zrobi wszystko, żeby pomóc, a na koniec jeszcze zapyta, skąd jestem i życzy wszystkiego dobrego.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Lisia nora, która okazała się lisim nosem / Lisiy Nos

    • Są, są. Zwracam na to uwagę, bo przy całej sytuacji politycznej obecnej najgorsze co może się stać, to wykreowanie wrogości między ludźmi i rzucanie uproszczeniami „a bo Rosjanie to tacy i tacy są”. Większość, których spotykam, to bardzo życzliwi ludzie. Chociaż dzisiaj w metrze chamsko mi zamknął przed nosem drzwi oficer, no ale co zrobić, wszędzie takie przypadki się trafiają ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s