On living in a student dormitory

I’ve been living abroad since I started university over five years ago and I feel like I got quite some experience regarding sharing flats or living in a dorm. A year in a student house in London, two years of renting flats there, a year in Italy and now in Russia. Oh, and those few months in Cracow.

I’m not a cleaning-maniac, I don’t get mad about things like unevenly folded towel or a book left on the desk. However, living in a student dormitory or renting a room in a flat you share with other people means dealing with more serious stuff. I believe they can dominate the positive aspects of dorm life. And to be honest, I think the positives are overestimated – all the ‚you get a life lesson’ etc.

Ok, let’s give an example. There you go, the situation took place a couple of weeks ago in my Russian student house.

I enter the bathroom and… stop immediately. The bathroom is flooded and there’s black hair everywhere. I’m telling myself to calm down and go to the kitchen to find the person responsible for the mess. There she is! That’s our conversation:

E: Hey, do you know what happened to the bathroom?
W: Eee… I was taking shower.
E: Uhm, yea. You see, the bathroom is flooded with water.
W: Ah, yea, I was also washing my hair.
E: Well that’s ok, we all take shower and wash our hair, the problem is the water on the floor. Do you use the shower curtain?
W: Yes, I used it…
E: Well I use it, and somehow there’s no water.
W: I don’t know…
(Oh c’mmon, you know)
E (trying to be calm): Do you put the curtain inside the shower?
W: … no, outside.
E: Cause you know, if you put it outside you could as well not put it at all, the water goes out, it’s quite logical, isn’t it…?

And now. Wait for it. It’s gonna be legen…

W: But I’m afraid of narrow spaces.

… dary.

And I thought it’s me who has claustrophobia.

Generally, bathrooms (and kitchens) in rented flats or student dorms are the centers of dirt and all that comes with it. To make things worse, I found out yesterday that starting today, the cleaning lady won’t be coming to our flat anymore. The reason for that is that all cleaners have been fired after three months of working without pay. Additionally, the trash system has been blocked and we have to carry all the trash to the ground floor and leave it there next to the elevator. Now I’m waiting for the rats and other nasty creatures in our dorm. I hate Russia in moments like this.

There were difficult moments in London and Italy too, of course, but not like that. Or maybe it’s just the time that blurs the bad memories. Plus, I’m already thinking about my clean room in Poland – less than two weeks left!

When I came to Russia I was a bit surprised to see my Russian flatmates overwhelmingly happy that they have a Polish flatmate, as they feared a new Asian girl. ‚This is so racist’, I thought at first, but soon understood my friends. I swear, I’ve never seen people as messy and dirty as Asians and particularly Thai. They leave the light on everywhere, don’t clean the kitchen after cooking, go to the toilet at 3 am with their ipods watching Thai soap operas so loud that it wakes me up, leave dirty dishes under the sink for days…. I could continue for hours.

You may say I’m exaggerating – well I’m not. And I have nothing again a simple way of living – actually, I’m all for it. A tent is enough for me (ok, a wooden house in the countryside in long-term perspective), I don’t need luxurious stuff, but please, let’s have some respect for each other, because that’s what it’s all about afterall.

Od kilku lat mieszkam poza domem i trochę przez ten czas nazbierałam doświadczeń mieszkaniowych. Rok w akademiku w Londynie, dwa kolejne w dwóch wynajmowanych mieszkaniach, mieszkanie we Włoszech, teraz akademik w Rosji. A, jeszcze kilka miesięcy na stancji w Krakowie. Trochę tego było.

Nie jestem drobiazgową pedantką, która przewraca oczami na widok nierówno złożonego ręcznika, nie denerwuje mnie książka rzucona na biurko czy przypadkowo ustawione kubki w szafce. Życie w akademiku czy dzielenie mieszkania z innymi studentami (a czasem niekoniecznie studentami) to jednak zmaganie się z problemami nieco większego kalibru. Śmiem twierdzić, że potrafią one przysłonić opiewane często pozytywy mieszkania w domach studenckich. Szczerze mówiąc, ja tych pozytywów aż tak dużo nie widzę, a teksty o poznawaniu ludzi, uczeniu się życia, nabieraniu odporności na trudności i tak dalej, uważam za mocno naciągane.

Konkrety, powiecie. Proszę bardzo, oto przykładowe uroki studenckiego życia, mieszkania w akademiku i dzielenia mieszkania z ludźmi o innym standardzie czystości:

Wchodzę do łazienki i… momentalnie się cofam. Łazienka jest zalana i z czarnymi kłakami (oszczędzę szczegółów). Mówię do siebie: nie denerwuj się, Ewa. Idę do kuchni i dopadam autorkę bałaganu. Rozmowa wyglądała tak:

E: Hey, do you know what happened to the bathroom?
W: Eee… I was taking shower.
E: Uhm, yea. You see, the bathroom is flooded with water.
W: Ah, yea, I was also washing my hair.
E: Well that’s ok, we all take shower and wash our hair, the problem is the water on the floor. Do you use the shower curtain?
W: Yes, I used it…
E: Well I use it, and somehow there’s no water.
W: I don’t know…
(Oh c’mmon, you know)
E (trying to be calm): Do you put the curtain inside the shower?
W: … no, outside.
E: Cause you know, if you put it outside you could as well not put it at all, the water goes out, it’s quite logical, isn’t it…?

And now. Wait for it. It’s gonna be legen…

W: But I’m afraid of narrow spaces.

… dary.

A myślałam, że to ja mam klaustrofobię.

W ogóle łazienki w akademikach i wynajmowanych, dzielonych mieszkaniach, to temat rzeka. Rzeka syfu i „przecieżniktniebędziewiedziałżetoja”, „jasiębrzydzęniebędętegosprzątać”, „samosięposprząta”. Żeby było weselej, wczoraj na drzwiach do naszego mieszkania zastałam kartkę informującą, że od dziś pani sprzątaczka przychodzić nie będzie, bo wszyscy sprzątacze zostali zwolnieni… po trzech miesiącach bez wypłaty. Dodatkowo zablokowano szyb śmieciowy i od dziś mamy z workami wszyscy schodzić na parter i tam je składać – w otwartym miejscu, przy windach. Z niecierpliwością czekam na robactwo i szczury. Trudno, muszę to napisać. Nienawidzę Rosji w takich momentach.

W Londku i we Włoszech też bywało ciężko, ale chyba nie aż tak. Choć może to czas zaciera pamięć, a ja nakręcam się dodatkowo wizją mojego czystego, pachnącego świeżością pokoju w Gdańsku – jeszcze dwa tygodnie, niecałe!

Kiedy przyjechałam do Rosji, z lekkim zdziwieniem słuchałam moich rosyjskich współlokatorek, przeszczęśliwych, że trafiłam się ja, Polka, a nie nowa Azjatka. „Rasizm!” – myślałam sobie. Cóż, szybko zmieniłam zdanie i zrozumiałam niechęć wobec Azjatów, a szczególnie Tajów. Przysięgam, większych syfiarzy (bo to nie jest zwykłe bałaganiarstwo) nie widziałam. Generalizacja? Póki co potwierdza się w stu procentach. Wiecznie palące się światło, zrywanie przyklejonych przeze mnie kartek z wypisanym wielkimi literami „TURN THE LIGHT OFF!!”, zostawianie po sobie niewyobrażalnego, wodnistego, oleistego, paproszkowatego syfu w kuchni, wycieczki do toalety o 3 w nocy z ajpadem skrzeczącym tajskie seriale na cały regulator, miski z praniem stojące w łazience ponad tydzień, brudne naczynia stawiane pod zlewem z nadzieją, że zmyją się same – minęło kilka dni, jeszcze się nie zmyły… ale nadzieja Tajki chyba nie gaśnie.

Zaraz mi się dostanie za paniusiowatość – ale trzeba odróżnić syfiarstwo od prostych warunków, w których nie ma nic złego. Mi do szczęścia wystarczy namiot, luksusy mi niepotrzebne, ale na litość boską, miejmy dla siebie trochę szacunku, bo o to się rozbija.

A, jeszcze jedno, a propos szacunku właśnie. Może zabrzmię jak stary kapciuch narzekający na ‚dzisiejszą młodzież’, ale… mała refleksja. Mówi się, że internet, fejsbuki i inne podobne portale, komunikatory wszelkie – zabijają ‚prawdziwą’ komunikację. Trochę prawdy w tym jest, książki na ten temat już napisano, można argumentować za i przeciw bez końca. Mnie się wydaje, że trochę marginalizujemy jedną poważną konsekwencję współczesnego porządku – stajemy się coraz mniej słowni. Może to ja mam pecha, ale naprawdę mam wrażenie, że to problem mojego pokolenia. Pamiętam czasy podstawówki, gimnazjum – pierwsze wyjścia z domu (ho-ho, zjazd autobusem do centrum, na Starówkę, na lody na Długiej, szaleństwo), umawianie się z koleżankami (z kolegami jeszcze nie) przez telefon stacjonarny – człowiek wyszedł z domu i o ile nie nastąpił kataklizm pokroju trzęsienia ziemi, nie przyszło mu do głowy kręcić i mieszać. Teraz? Umawiamy się, przekładamy, odwołujemy – nawet nie telefonem, a tylko smsem. „Spóźnię się”, „nie zdążę”, „nie dam rady”, „przełóżmy”. I to się przekłada na inne odpowiedzialności. Byłam pewna, że wreszcie będę mieć szybki internet, na który dałam odpowiedzialnej za tę opłatę współlokatorce pieniądze pod koniec lutego. Wtedy się okazało, że taryfy lutowej już nie można zmienić – no dobrze, te kilka(naście) dni pociągniemy. Przyszedł marzec, około siódmego dnia miesiąca internet odcięło, bo koleżanka nie zapłaciła – a gdy pobiegła to zrobić, okazało się, że znów jest za późno na zmianę taryfy. Oczywiście nas o tym nie poinformowała, zorientowałam się po koszmarnie zacinającym skypie, na którym od dwóch miesięcy próbuję porozmawiać z rodzicami i znajomymi. ciągle mówiąc, że niedługo już na pewno uda nam się połączyć. Od półtora tygodnia codziennie przypominałam jej o zmianie taryfy, dzisiaj pytam, czy już to zrobiła, bo internet znowu ‚muli’. Odpowiedź: „Tak, poszłam tam dzisiaj, ale powiedzieli, że przyszłam za późno i dopiero od maja zmienią”. Nie napiszę, co pomyślałam. Nie chodzi o głupi internet, tylko o dotrzymywanie słowa i jakąkolwiek odpowiedzialność za zobowiązania. Dla mnie to jest po prostu niepojęte, smutne i przerażające, bo jeśli ludzie nie potrafią wziąć odpowiedzialności w tak błahych sprawach, to co dopiero w tych naprawdę ważnych?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “On living in a student dormitory

  1. Życie w akademiku brzmi interesująco, ale podobno nie jest dla ludzi, którzy chcą się uczyć :D Dlatego coraz bardziej rozważam dzielenie mieszkania tylko z przyjaciółką, bo slzag mnie trafia, kiedy widzę porozwalane ciuchy czy szklanki w każdym możliwym miejscu…

    • Hm, zależy od konkretnej sytuacji, ale masz sporo racji, ja zaczynając studia nie chciałam za nic w akademiku mieszkać. Wyszło tak, że:
      Kraków – wynajmowany pokój, na nieszczęście dzielony z dziewczyną, z którą się zupełnie nie dogadywałam i nie miałam warunków do nauki i skupienia. Rzuciłam studia po 4 m-cach :P Londyn – akademik na 1 roku, ale własny pokój – jak chciałam, to się uczyłam, jak nie, szłam się socjalizować, nie było problemu, no i było kameralnie bo to były takie segmenty 5-pokojowe więc bez korytarza z pijackimi libacjami. Potem wynajmowałam pokoje w mieszkaniach więc prywatność też miałam. Włochy – to samo, własny pokój, ale erasmusowe wariackie współlokatorki.
      Teraz w Rosji dzielę pokój, co wydawało mi się przerażające na początku, ale jakoś się przystosowałam, moja współlokatorka non stop się uczy więc pod tym względem jest ok :D
      Ale pewnie, jak jest możliwość, fajnie coś wynająć samemu/w niewielkim gronie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s