Back in Russia!

Zdjęcie1030

Mojemu lataniu (i de facto podróżowaniu samodzielnemu ogólnie), w 99 procentach przypadków, towarzyszą przedziwne sytuacje i szeroko pojęte przygody. Moi znajomi, którzy już się do tego przyzwyczaili, patrzą na mnie z niedowierzaniem, gdy raz na jakiś czas zdarzy się, że wzruszając ramionami powiem, że fajerwerków podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce nie było. Wczoraj wróciłam do Rosji. Tak mnie podróż z Gdańska zmęczyła, że idąc pod prysznic usiadłam ‚na chwilę’ na brzegu wanny i… zasnęłam. Gdy już się wyczołgałam z łazienki i nie do końca przytomnie rozpakowałam, padłam w objęcia Morfeusza o 21.oo (19.oo polskiego czasu). Byłam bliska wstania o 5.oo (bo ile można spać?), ale skończyło się na 8.oo.

Skąd to zmęczenie? Cóż, samolot z Rębiechowa miałam parę minut po 6.oo, co wymagało wstania o 4.oo. Wiosną jest to do przeżycia, bo nie ma już egipskich ciemności, jednak mając w perspektywie cały dzień w podróży, postanowiłam spać chociaż sześć godzin. To był bardzo optymistyczny plan, bo w chwili, gdy powinnam kłaść się spać, dopiero wróciłam do domu. Ogarnęłam się jednak zwinnie i przed północą kładłam już głowę na poduszce. Rety, jak trudno się zasypia przed podróżą! Czy tylko ja tak mam, czy wszystkim krew jakoś intensywniej krąży w żyłach na kilka godzin przed wyruszeniem w drogę?

Gdy już byłam na granicy zaśnięcia, za ścianą rozległo się łubudubu-umc-umc. Takiego wesołego mam sąsiada. Posłuchałam dwóch hitów polskiego disco polo, stwierdziłam, że więcej nie dam rady i wstałam. Chwyciłam karnisz i zaczęłam tłuc w ścianę (tak właśnie). Efekt? Ułamałam kawałek karnisza. Nic to, chwyciłam więc weselne obcasy – tu dźwięk był naprawdę donośny. Może po prostu trafiłam we właściwe miejsce na ścianie. Muzyka ucichła, ja z zadowoleniem wróciłam do łóżka, spoglądając jeszcze na zegarek – zostały mi niecałe cztery godziny snu. I znowu, prawie zasypiam – za ścianą rozlega się dudnienie. Znów obcasy, znów tłuczenie w ścianę, znów chwila ciszy, próba zaśnięcia i… łubudubu-umc-umc. Wymamrotałam kilka nieodpowiednich do cytowania słów, chwyciłam telefon i wykręciłam 997. Po raz pierwszy w życiu (kilka godzin później mówię o tym tacie, odwożącemu mnie na lotnisko. Tata: „kiedyś trzeba zacząć”). Na koniec, po tym, jak policja odjechała, mój sąsiad zwyzywał mnie przez ścianę i zagrał jeszcze jeden utwór Shazzy maksymalnie głośno, aż zatrzęsło się pół bloku.

Na gdańskim lotnisku (piękny ten nowy terminal, no piękny, za każdym razem wzdycham z podziwem!) już parkując ujrzałam przez szybę ogromną kolejkę do mojej odprawy. Wiedziałam, że mojej, bo lecąc do Rosji w lutym widziałam, że stanowiska 1-3 to SAS do Kopenhagi, lecący w tym samym czasie, co Lufthansa do Monachium. Chodziło się na kursy pamięciowe. Obstawiliśmy dwie kolejki, co było bardzo dobrą decyzją, bo kolejkę Taty skutecznie zablokował pan, który chyba nie doczytał informacji o limicie bagażu, musiał dodatkowo płacić za nadbagaż, terminal do płatności kartą się zaciął i tak dalej. Plus, jak na złość, większość osób w obu kolejkach odprawiała się dopiero na lotnisku, co zajmuje trzy razy więcej czasu niż samo zdanie bagażu (naprawdę tak trudno jest odprawić się przez internet? Ludzie, przecież miejsce możecie sobie szybciej wybrać, jakie chcecie…). Moją walizkę zdałam o 5.35 (lot o 6.1o), więc zaczęłam być nerwowa, bo kolejka do kontroli osobistej ciągnęła się długaśnie. No ale, jak to mawiamy, co zrobisz, jak nic nie zrobisz, grzecznie ustawiłam się za panią krzyczącą przez pół kolejki do swoich rodzicieli („Tato, ale nieprawda, ty wybierałeś ciągle ostatni numer, nie numer mamy (…) Mamo daj spokój, ja to ustawię! (…) Tato, teraz nie wybrzydzaj, ustawię ci po swojemu numer mamy! (…) Mamo zadzwonię do ciebie na próbę, nie odbieraj!”).

Nagle czuję, że ktoś pcha mój plecak. Albo się opiera. Albo nie wiem, co z nim robi. Za mną stoi drobna blondynka z buńczuczną miną, pamiętam ją z kolejki do odprawy. Po chwila sytuacja się powtarza, czuję wyraźny nacisk na mój plecak. I znowu. Ja wiem, że to drobnostka, że pewnie przesadzam, ale… nie dla mnie. Mam bardzo wyraźne granice przestrzeni prywatnej i ciśnienie mi skacze, gdy ktoś obcy tę barierę przekracza. Do głowy by mi nie przyszło stanąć tak blisko obcej osoby, żeby jej dotknąć. Lub jej plecaka. Dlatego moja reakcja w takich sytuacjach jest najczęściej następująca: zapieram się w miejscu, w którym stoję i specjalnie nie ruszam się, gdy rusza kolejka. Bo ona rusza o 1o centymetrów i znów staje. A w przypadku takiej paskudy, jak ta za mną, moje ruszenie się o 1o centymetrów oznaczałoby jej przesunięcie o dwa razy tyle, czyli ponowny nacisk na moje plecy. Taka złośliwa jestem. A raczej bywam. Stanie w tej tej kolejce przez kolejnych dwadzieścia minut było mordęgą, bo blondyna uparcie cisnęła, a nawet próbowała, zniecierpliwiona, wepchnąć się przede mnie. Może to ja jestem dziwna, ale zupełnie tego nie pojmuję. Co ludziom da przesunięcie się o kolejny milimetr? Chwilę później, kiedy zaczął się boarding, momentalnie ustawiła się kolejka do wejścia do samolotu. W czasie, kiedy współpasażerowie niecierpliwie przestępowali z nogi na nogę, zdążyłam przeczytać kilkanaście stron książki. Co kto lubi.

W samolocie ponownie sprawdziła się moja strategia ostatniego i przedostatniego rzędu, chyba będę się tej taktyki trzymać. Skończyło się na trzech miejscach dla mnie w rzędzie ostatnim. I tylko jednym jestem w SAS-ie rozczarowana (bo fotele bardzo wygodne i miejsca dużo!). Ja wiem, że lata się po to, żeby dostać się z miejsca do miejsca, a nie, żeby się najeść, ale… to jednak regularne linie są. Skandynawskie. Nie jakieś łizery-rajanery, gdzie płacąc grosze (albo i nie) wiemy, że decydujemy się na psie warunki z radosną ścieżką dźwiękową i/lub szaleńczymi oklaskami na koniec podróży. Otóż w SAS-ie nie ma w klasie ekonomicznej poczęstunku. Teoretycznie, według gazetki, oferowana jest kawa i herbata, praktycznie w samolocie do Kopenhagi dostałam mini soczek pomarańczowy, w samolocie do Petersburga nie dostałam żadnego napoju. Chyba jestem rozpuszczona Lufthansą i ich białym winem, które wyjątkowo przypadło mi do gustu (i po którym wyjątkowo dobrze drzemię w samolocie).

Ale – teraz coś pozytywnego. Lotnisko w Kopenhadze. Po przylocie z Gdańska nie znałam jeszcze mojej bramki, zaczęłam się więc intuicyjnie szwędać. I tak trafiłam do świątyni konsumpcjonizmu, co trochę mnie przeraziło, bo ja fanką galerii handlowych nie jestem, a tak wygląda część zakupowa kopenhaskiego lotniska. Na znanych mi lotniskach w strefie wolnocłowej-sklepowej nadal czuje się, że jest się na lotnisku. W Kopenhadze nie. Ą-ę-ą butiki są tak porozmieszczane, że przestrzeń przypomina londyńskie Westfields (przynajmniej takie, jakim je pamiętam). Na moje szczęście, na tablicy pojawił się numer mojej bramki, przeszłam kontrolę paszportową (pół sekundy rzucenia okiem na mój paszport, szeroki uśmiech celnika i otwarta bramka) i lotnisko zmieniło oblicze. Cisza, spokój, światło. Potem pojawili się hałaśliwi Rosjanie, ale nie było to w stanie zburzyć mojego zachwytu.

My solo travels are usually accompanied by strange situations and adventures. My friends, who already got used to that, seem not to believe me when I tell them, that nothing peculiar happened during my flights. Yesterday I arrived back in Russia. I was so exhausted after the long journey that I fell asleep in the bathroom. I know, right? That’s extreme. I unpacked half-consciously and went straight to bed at 9 pm (7 pm Polish time) and woke up at 5 am, but decided to get up only at 8 am. Why was I so tired? Well, my first departure was scheduled at 6 am, which meant I had to get up at 4 am. It’s not bad in spring as it’s not dark anymore, though still, I decided to go to sleep early to rest for at least six hours. That didn’t really work out as I went to sleep at midnight, but would still be fine if my neighbour didn’t decide to throw a party in the middle of the night. It ended with me calling the police, my neighbour shouting at me and so on. And that was just the beginning of my long day.

When I saw the queue to the check-in at the airport in Gdańsk, I just sighed. I guess most of the people did not check in online so it rook really long to get to the counter and leave my luggage. Then, the queue to the security check was even longer and I started feeling nervous as there was just half an hour left to my flight. To make things worse, the girl behind me started leaning on my backpack. I may sound obsessed, but I really hate when someone I don’t know gets to close to me. And she kept pushing and I could almost feel her breath on my neck. Seriously, did she think stepping on my feet would speed the queue up? There is something about the (Polish) people getting on a plane. In low-fare airlines it’s understandable – you don’t have a seat assigned, so there’s a reason to queue for boarding (though it’s not worth it, really). But I was flying with SAS this time and the moment boarding was announced, most of the passengers jumped on their feet and formed a long queue. I decided not to take part in this craziness and managed to read some twenty pages of a book. Then I got all three seats for me on both planes so it was really comfortable.
The Copenhagen airport was a big surprise – a positive one. At first, I was a bit overwhelmed with the shops, as that part of the airport resembles a huge shopping mall. But then, after I went through the passport control, I saw a totally different airport. Spacious, quiet, full of light.

Zdjęcie1018

Zdjęcie1017

Dwugodzinny lot próbowałam przekimać, ale skończyło się na czytaniu książki (‚Morfina’ Twardocha – zbierałam się do niej długo, w końcu brat wysłał mi ebookową wersję i – warto!). Nieprzyjemnie zrobiło się, gdy zaczęliśmy schodzić do lądowania, bo turbulencje były nieziemskie, a sprawy nie polepszał fakt, że wszystko widziałam na wiszącym przede mną monitorze. Nic fajnego, czuć bujający się samolot, widzieć jeżdżący przed oczami obraz i w ekspresowym tempie powiększający się pas startowy, w który próbuje wycelować pilot. Potem stewardessa tłumaczyła mi, że to przez wiosenne, zmienne ciśnienie. Ja tam nie wiem.

Poniżej pierwszy widok po wylądowaniu, jeszcze z okna samolotu. Komentarza chyba nie trzeba…

I tried to sleep on my flight, but eventually ended up reading a book. The flight was fine, but the landing was terrible and the fact that I could watch everything on the screen in front of me only made it worse. The flight attendant explained to me that it’s because of spring and the changing pressure, but I wasn’t convinced. In the picture below you can see the first thing I saw after landing behind the plane window. Very meaningful.

Zdjęcie1019

Przed kontrolą paszportową pobiegłam do łazienki doprowadzić się do ładu i zmienić okulary na soczewki. Rosja jednak robi coś z głową – celując soczewką w oko, zaczęłam się zastanawiać, czy są gdzieś nade mną kamery i czy za chwilę nie zostanę zatrzymana za, na przykład, próbę zmiany tożsamości przed wkroczeniem na terytorium Federacji Rosyjskiej. Tak się nie stało, jednak kontrola nie należała do najprzyjemniejszych. Podchodzę do bramki, za szybą młoda celniczka. Podaję paszport, chcąc ułatwić jej pracę, już otwarty na stronie z wizą. Celniczka nie reaguje. Jednym palcem próbuję przewrócić stronę na tę ze zdjęciem i nieśmiało się uśmiecham. Celniczka dalej nie reaguje i nie wyciąga ręki po mój paszport. Skonfundowana, kładę paszport na półeczce i zabieram rękę i dopiero wtedy celniczka chwyta dokument. Ech… Po rosyjsku pyta mnie, skąd przyleciałam. Odruchowo mówię, że z Polski.

C: Nie ma pani w rejestrze.
E: ?! Jak to?
C (z grobową miną): Nie ma.
E (nerwowo przełykając ślinę): … może z Kopenhagi, bo ja przyleciałam z Gdańska przez Kopenhagę..
C: Trzeba było mówić, że z Kopenhagi.

Uff. Chwyciłam paszport, kartę migracyjną i czmychnęłam przez bramkę. Szybko odebrałam bagaż, przecisnęłam się przez tłum taksówkarzy-nagabywaczy („niet, niet, niet, spasiba, niet!”) i poszłam na autobus. Mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech, tym razem Petersburg już jakoś oswojony, tym razem ciepło, słońce… jakże inny Petersburg mnie witał, niż zimny, ciemny, obcy – lutowy!

Before going through the passport control, I went to the bathroom to change glasses for contact lenses. Russia makes one paranoid, as I started to think whether there were cameras and the recording would be used to accuse me of identity manipulation. I know how absurd it sounds. This didn’t happen, but the passport control wasn’t very pleasant. When I was told that I’m not on the arrivals list I almost got a heart attack. Luckily, I was on the list, just a different one. I took my passport, migration card, picked up my luggage and made it through the crowd of taxi drivers. I quickly found my bus and enjoyed the ride to the centre – such a different feeling this time, when I already knew where to go, which bus to take… and there was sun, as opposed to the gloomy Petersburg that welcomed me in February.

Gdy dojechałam do stacji metra Moskovskaya, siadłam na ławce w parku i chrupiąc jabłko (żeby plecak był lżejszy) pokontemplowałam pomnik Lenina w słońcu.

I made it to the Moskovskaya station, sat on a bench in the park and started contemplating the Lenin statue in the sun. Oh Russia…

Zdjęcie1021

Jest taka mądra zasada, o której czasem zapominamy: ‚Утро вечера мудренее’, lub za Scarlett O’Harą, ‚I’ll think about it tomorrow’ – sens jest ten sam w tym przypadku. Tak jak wspomniałam na początku, byłam tak zmęczona ostatnimi kilkunastoma godzinami, że rozpakowując się, przypominałam błąkającą się nieprzytomnie zjawę. Nic tu po mnie, pomyślałam i poszłam spać. Wstałam wypoczęta jak nigdy i pojechałam na uczelnię. Po dwóch tygodniach bez zajęć nie było łatwo się skoncentrować, ale wracam na właściwe tory.

There’s a saying in Russian: ‚Утро вечера мудренее’ which means something similar to Scarlett O’Hara’s ‚I’ll think about it tomorrow’. That’s what I did, as mentioned in the beginning of this post. The next morning I woke up fully rested and went to uni. It wasn’t easy to focus on the lectures after two weeks of holidays, but it’s not that bad.

Moja uczelnia aka Sobór Smolny:

Below – Smolny Sobor, which is also where my lectures take place:

Zdjęcie1023

Zdjęcie1024

Tyle tu dzisiaj słońca, że chętnie się podzielę. Jest 22.oo i nadal jasno jak w dzień. Białe noce coraz bliżej!

There’s so much sun in St. Petersburg that I’ll be happy to share some with you. It’s 10 pm and still full of light! That means that the white nights are closer and closer!

Zdjęcie1026

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Back in Russia!

  1. piękne zdjęcia jak zawsze .. a lotnisko w Kopenhadze tak jak na Twoim zdjęciu … nowa część ,a piękny drewniany parkiet .. wielekrotnie tam bywałem podczas długiego projektu w Danii i bardzo lubię Kastrup :^)

    szczęśliwego pobytu i bardzo ciepło pozdrawiam :^)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s