Tatry (5) – podsumowanie

tatry3-0001-2

Jak było mi samej w górach? Cudownie. Co nie znaczy, że lepiej niż z kimś lub w grupie. Po prostu inaczej. Wiele razy myślałam, że to aż nie wypada, mieć tylko dla siebie to doświadczenie, widoki, zachwyt. Czy nie brakowało mi towarzystwa? No cóż, to pewnie kwestia subiektywna, ja doskonale czuję się we własnym towarzystwie i bez solidnej dawki bycia sam na sam ze sobą nie funkcjonuję dobrze społecznie. Poza tym – nie pojechałam do samotni. Codziennie rano zdążyłam zamienić kilka słów w schronisku przy śniadaniu z wstającymi podobnie wcześnie jak ja, na szlaku z uśmiechem mówiłam ‚cześć’ niemal wszystkim mijanym osobom, z kilkoma ucinając sobie miłą pogawędkę, wieczory w schronisku spędzałam we wspólnej sali przy grzanym winie, gitarze i dyskusjach nad mapą – naprawdę na brak towarzystwa narzekać nie mogłam. I jakkolwiek to zabrzmi, idąc sama pustą ścieżką w górach wiedziałam, że sama nie jestem i najpiękniejszą Obecność czułam.

Czy zawsze było lekko, łatwo i przyjemnie? Nie! Pamiętam, że wychodząc w piątek rano ze schroniska w głowie kłębiło mi się tysiąc myśli. Wymyśliłaś sobie tatrzańskie rekolekcje, to proszę bardzo – mówiłam do siebie. Kilkanaście godzin wcześniej coś mocno dało mi do myślenia, zburzyło pewien porządek, a przede wszystkim pokazało pewną słabość i uświadomiło, jak wiele pracy i wysiłku wymagają rzeczy ważne (najważniejsze!), piękne, dobre. Pracy przede wszystkim nad sobą.

Patrzyłam zamyślona na ludzi w schroniskach. Ile historii, z których dane mi było zobaczyć mniej niż ułamek. Kilka rozmów, uruchamiających coś we mnie. Wystarczyło, żeby zachwycić się człowiekiem, żeby człowieka zobaczyć, dostrzec, rozpoznać, bo chyba choć część tej maski, za którą się chowamy na co dzień, wchodząc w góry zostawiamy, zrzucamy. Człowiek, człowieki. Spotkanie.

W kwestii spotkań… nie od dziś wiadomo, że mam w sobie magnes na tego typu sytuacje. W drugim tatrzańskim wpisie pisałam o Pawle (z Krakowa) i Krzyśku (zza oceanu, przyjechał do Polski na dwa tygodnie), których poznałam w Roztoce pierwszego wieczoru i z którymi przechodziłam środę. To teraz sobie wyobraźcie, co się stało. W niedzielę rano przyjechałam nieprzytomna do Gdańska, dlatego tego dnia byłam w stanie zrzucić winę na zmęczeniowe omamy, ale… Taka sytuacja: wieczorem biegnę na tramwaj, wskakuję do nadjeżdżającej ’12’ we Wrzeszczu, znajduję miejsce w ścisku i zamyślona wpatruję się w mocno ograniczoną mokrymi kurtkami przestrzeń. Po kilku minutach czuję, że ktoś badawczo mi się przygląda. Podnoszę wzrok i… przede mną stoi Krzysiek, z miną wyrażającą zdziwienie podobne do mojego. Po chwili niedowierzania zaczynamy rozmawiać – o Tatrach oczywiście, tym razem ku zdziwieniu ludzi wokół. No dobrze – powiecie – przypadek, przypadki się zdarzają, nawet takie. To jednak nie koniec. Dwa dni później wpadłam na K. w Centrum. Kolejne dwa dni później – stanęliśmy naprzeciwko siebie na Długiej na Starym Mieście (a sekundy wcześniej miałam skręcić w lewo, ale tego nie zrobiłam). Ja nie wiem, naprawdę.

Sytuacja numer dwa. Dostaję pokój z dwoma chłopakami (braćmi) i dziewczyną (jednego z nich). Siedzimy wieczorem przy czymś rozgrzewającym, standardowa rozmowa – kto, skąd, dlaczego. Kolega jest spod Warszawy, mówię, że jestem z Gdańska.
– O, mieszkałem kiedyś w Gdańsku! A jaka dzielnica?
– Chełm.
– O, ja na Chełmie właśnie mieszkałem!
– Serio? A na jakiej ulicy? (zapytałam, zanim pomyślałam; dla osób, które nie są z Gdańska – Chełm to naprawdę duża część miasta, ulic u nas wiele)
– [tu pada nazwa mojej ulicy, patrzę z niedowierzaniem]
– Niemożliwe… ja mieszkam na tej ulicy.
– No co ty, a który blok?
Okazało się, że blok obok, klatka może czterdzieści metrów od mojej. Co za życie.

Sytuacja numer trzy. Do naszego damskiego pokoju ‚dorzucony’ zostaje Tomek. Już po chwili rozmowy okazuje się, że Tomek jest z Gdyni (co tę północ tak na południe ciągnie?) a ja słuchając opowieści o motocyklowym (i nie tylko) przemierzeniu kilometrów pomyślałam, że z takimi historiami warto iść do świata – ale przecież nie powiem „o, to pewnie prowadzisz bloga” ;). Moje detektywistyczne zapędy zrealizowałam po powrocie do Gdańska, szybko znajdując blog Tomka (którego zresztą serdecznie pozdrawiam, bo jest szansa, że czyta ten wpis). Klikajcie, czytajcie.

***

Garść konkretów

… czyli o kosztach przede wszystkim.

Dojazd: Za bilet powrotny z Gdańska do Krakowa zapłaciłam… 4 złote. Powiedzmy, że mam szczęście i talent do wyłapywania biletów z pierwszej puli w Polskim Busie. Bilety po złotówce plus opłata administracyjna i proszę. W obie strony jechałam nocą, oszczędzając na noclegu (sprawdziło się w drodze do Krakowa, kiedy miałam dla siebie mnóstwo miejsca, w przeciwieństwie do traumatycznej drogi powrotnej). Do tego autobus z Krakowa do Zakopca – 30 zł (2×15) oraz bus Zakopane-Palenica, 20 zł (2×10). Łącznie: 54 zł.

Noclegi: 32 zł (40-20%)* + 3×28 zł (35-20%) + 4×1,30 zł (opłata klimatyczna) = 121,20 zł. Spałam jedną noc w trójce, jedną w piątce i dwie w czwórce.
Cennik Roztokowy znajduje się tu. W porównaniu do innych tatrzańskich schronisk ceny są śmieszne (za takie pieniądze w Murowańcu czy MOK-u śpi się w 10-osobowych pokojach), a komfort bardzo dobry.

*jest kilka możliwości, by uzyskać zniżkę na nocleg – ja mam kartę PTTK

Wyżywienie: Starałam się mniej więcej kontrolować wydatki na jedzenie, żeby mieć po powrocie jakieś pojęcie w tej kwestii. Szczerze mówiąc, byłam pozytywnie zaskoczona stosunkiem ceny do jakości jedzenia serwowanego w schroniskach. Nie wszystkich, oczywiście, bo Morskie Oko to totalna porażka, ale zostawmy MOK-o, w Roztoce było pysznie i przyzwoicie cenowo. Ze sobą zabrałam suszone owoce, orzechy, czekoladę, bułki kukurydziane, awaryjne wafle ryżowe (ok. 40 zł). Ceny słodyczy w schroniskach są ‚lekko’ wywindowane, no ale to nawet nie o to chodzi, tylko o gluten, z którym mi nie po drodze. Moje żywienie się wyglądało tak: rano jajecznica w schronisku (7 zł), w trasie wciąganie własnego cukru i/lub szarlotka (5-6 zł) z grzańcem (8-10 zł) w schronisku, wieczorem obiadokolacja w schronisku (np. zestaw kotlet, ziemniaki, surówka – 21 zł; podobny zestaw w Piątce tylko że z rybą minimalnie droższy ale… nie polecam; czasem zupa 5-9 zł). Z moim kalkulacji wynika, że (wliczając jeszcze wodę itd.) na jedzenie wydałam ok. 170 zł. Mało, dużo? Pewnie, można nawieźć prowiant z domu, kupić w Tesco w Zakopcu zupki chińskie i sie tym truć. Ja tak po prostu nie jem – ani w domu, ani na wyjeździe. Skądś siły na szlaku też trzeba mieć, no i jakąś przyjemność z życia ;) Poza tym, wyszłam z założenia, że oszczędność na Polskim Busie usprawiedliwia luz gastronomiczny, o.

Łącznie: ok. 350-390 zł. Można taniej, można dużo drożej. Mi odpowiadała taka forma – skromnie, ale bez liczenia każdej złotówki, nie po to jechałam w Tatry, żeby bić rekordy podróżowania po kosztach. Zupełnie nie po to… może jednak te uwagi się komuś przydadzą przy planowaniu swojego wypadu. Ja już nie mogę doczekać się, gdy znów zobaczę góry.

***

linki do pozostałych tatrzańskich wpisów:
1: http://goo.gl/2A1Wmj
2: http://goo.gl/nhd6VD
3: http://goo.gl/Otnx7e
4: http://goo.gl/mD9Slm

Reklamy

9 uwag do wpisu “Tatry (5) – podsumowanie

  1. […] Kiedy w poniedziałkowy wieczór siedziałam przy stole pochylona nad mapą, czekając na podstawienie pod nos gorącej kolacji (#takiejtodobrze), moja osławiona już podzielność uwagi była lekko przytłumiona. Brak snu, zmęczenie górskie, rozleniwiające ciepło schroniska… nie muszę się tłumaczyć. Czujne uszy jednak nigdy nie śpią i w pewnym momencie wyłapałam znajomy głos. Nieee, to niemożliwe, nie wymyślaj, Ewa. Jednym okiem łypnęłam kontrolnie w stronę sąsiedniego stołu i… zastygłam. Noł łej. Jeszcze kilka łypnięć, pozorowane wygięcie szyi w stronę baru, w celu lepszego obejrzenia postaci na celowniku i coraz większa konsternacja. Piotrek przyszedł z jedzeniem i teatralnym szeptem został wciągnięty w śledztwo na miarę Szerloka (tego granego przez Benedicta Cumberbatcha). Na szczęście jedna osoba w tym związku nie ma problemu, żeby podejść do potencjalnie obcej osoby i powiedzieć „hej, Tyna?”. Tak, to była Tyna. Resztę wieczoru spędziliśmy z jedną z najwspanialszych osób na tym łez padole, a gdy dołączyła do nas Olga, która wyłoniła się z tak zwanego nienacka, to już w ogóle. Padół radości. I może moja mama ma rację, twierdząc że ze mnie medium jakieś czy inny magnes na spotkania. […]

  2. świat jest wielki i mały… ja np. ostatnio jak byłem w Portugalii nad brzegiem oceanu spotkałem koleżankę z Liceum, generalnie życie jest niesamowite… ;)))

  3. Też staram się kupować bilety z tańszej puli i nawet mi się to udaje. Mam podobnie. Dobrze czuje się we własnym towarzystwie, ale na wyjazd chyba chciałbym być z kimś jeszcze niż z samym sobą. Chociaż może warto spróbować samemu pojechać dokądś :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s