Kolosy

Kilka dni po Kolosach, a ja wciąż każdej spotkanej osobie (a raczej każdej, która mnie odwiedzi, bom jeszcze do kul przyklejona) rozentuzjazmowana opowiadam o ostatnim weekendzie. „I wiesz, tam była taka prezentacja…”. Pokazów, które coś ze mną zrobiły, poruszyły, wzruszyły, szarpnęły – było kilka. Bez niespodzianek, bo to raczej te pokazy, na które najbardziej czekałam, choć i odkrycia pewne poczyniłam.

Oczywiście nie widzieliśmy wszystkiego, bo przy podziale na trzy lokalizacje, to zwyczajnie niemożliwe. Ale też na szczęście prezentacje ułożone były w bardzo sensowne bloki, więc mierząc siły na zamiary (kolano i tak spuchło po kilku godzinach w sobotę), wybraliśmy się do Gdyni w sobotę i w niedzielę, z naciskiem na sobotę. Jeśli któregoś z piątkowych pokazów mi żal, to pewnie Azji Centralnej i Mustanga, bo najlepszy (zdaniem publiczności) piątkowy pokaz widziałam, również w Gdyni, jakiś miesiąc temu. Krzysztofa Wielickiego słuchałam na żywo już nie raz i do dziś mnie trzyma jego prezentacja z Wanogi.

Co więc mną „poruszyło, wzruszyło, szarpnęło”?

Rowerem z Alaski do Patagonii – Piotr Strzeżysz. Cóż rzec… mój ulubiony pokaz. Mój, publiczności oraz chyba kapituły, bo nagrodzony Kolosem w kategorii Podróże. Krótko po tym, gdy zorientowałam się, że Kolosy odbędą się tydzień po mojej operacji i na chwilę świat mi się zawalił, zobaczyłam program prezentacji i już wiedziałam, że choćby nie wiem co, na Kolosach być trzeba. „Kochanie, ale na pewno pojedziemy? Bo wiesz.. tam będzie Strzeżysz” – tak było. Argument niezbywalny, bo oboje zachwycaliśmy się „Makaronem w sakwach” i co jakiś czas temat przewijał się w rozmowach. O samej podróży (i wiele więcej) można poczytać na onthebike.pl, ja chciałabym tylko napisać, że prawdziwa skromność i prostota są piękne i zawsze się obronią, nawet w największym błysku celebryckich fleszy.

Irański Zagros Łukasza Supergana. Cóż rzec po raz drugi. Tu nie chodzi o liczby, choć dwa i pół miesiąca i dwa i pół tysiąca kilometrów dobrze brzmi. Piękne zdjęcia, świetnie opowiedziana droga, refleksji moc nad sensem wszelakim. Przepisałabym również ostatnie zdanie poprzedniego akapitu.

Rowerowa Jakucja Krzysztofa Suchowierskiego. Wyobrażacie sobie dwa i pół miesiąca pedałowania w temperaturach sięgających -55 stopni? Nie był to wyczyn dla wyczynu, a wyprawa upamiętniająca tych, którzy w nieludzkich warunkach wędrowali do obozów pracy w dalekiej Rosji. Pod koniec pokazu miałam mokre oczy.

Canning Stock Route Mateusza Waligóry. Schudliście kiedykolwiek 16 kilogramów w miesiąc, albo wypiliście 36 litrów wody w dwa dni? Bardzo czekałam na tę prezentację, bo w październiku na Wanodze zachwyciłam się rowero-górami Mateusza i Agnieszki w Ameryce Południowej. Zdjęcia jak zawsze rewelacyjne, wyczyn godny podziwu, tylko sposób opowiadania niemrawy. Ja wiem, celowy zabieg. Wszyscy wokół komplementowali, że narracja wspaniała. Dla mnie… pretensjonalna. Wolałam wanogową naturalność. Co nie zmienia faktu, że jeśli chodzi o rowerowe wyprawy, Agnieszka i Mateusz są w moim absolutnym topie. No i nie mogłam odkleić od nich wzroku, kiedy tylko przyuważyłam całą trójkę. Franek mistrz.

Polska stratosfera – zupełnie nie moja bajka, o skokach spadochronowych wiem tyle, co nic (choć kiedyś twierdziłam, że moim największym marzeniem jest właśnie skok ze spadochronem), ale jestem pełna podziwu dla dokonania – skoku z niemal 11 tysięcy metrów z balonu na ogrzane powietrze.

Co nie zachwyciło? Cóż, było kilka prezentacji, które wywołały we mnie mieszane uczucia, ale uznam, że to kwestia różnych zainteresowań i wrażliwości. Nie zachwyciły mnie natomiast pary splecione w uścisku, który nazwałabym intymnym, w pierwszym podłogowym rzędzie przed wielkim ekranem Kolosów. I trochę się dziwię ochronie, która podrywała się do zwrócenia uwagi na niemal każde, milimetrowe przekroczenie linii wyznaczonych na podłodze, a tu nie reagowała. Powiedzmy, że nie zauważyła, zasłuchana w omówienie eksploracji biegunów…

Wreszcie, pełna podziwu jestem dla determinacji osób stojących w sobotniej kolejce. Przyjechaliśmy przed 13.oo, westchnęliśmy, widząc wężyk oplatający obiekt, pokuśtykaliśmy w stronę wejścia i tu uratowały nas moje kule. Za rok trzeba będzie stawić się pod drzwiami rano, ale myślę, że warto. Tym bardziej, że bardzo możliwe, że co najmniej dwie znajome osoby będą w głównej hali występować – ale to okaże się za rok. Już za rok!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s