Wstajesz i jedziesz, dzień dobry TPN!

Czekaliśmy na ten wyjazd długo. Tak długo, że kiedy nadszedł 13 września, nie do końca docierało do mnie, że to już, teraz, zaraz. Po dwóch tygodniach codziennego (razy pięć) sprawdzania kilku różnych prognoz, po ostatnich zakupach-dokupach, po nerwowym czekaniu na powrót Piotrka z delegacji (wróci na czas? nie wróci?)… nadeszła niedziela. Pociąg miał ruszyć z Gdańska Głównego w kierunku południowym o gdzinie 19:34, ja o 15:00 piłam jeszcze leniwie kawę, patrząc na pusty plecak na środku pokoju. Może niektórzy lubią nerwóweczkę i pakowanie last minute, ale ja nie należę do tych osób i choćbym miała zarwać noc, spakuję się przed świtem dnia podróży. Tym razem system się „zwiesił” i moment ocknięcia nastąpił około 16:00, trzy godziny przed wyjściem z domu.

Wreszcie – dworzec, peron, ekscytacja jak za czasów licealnych, kiedy uwielbiałam podróże pociągiem, chyba dlatego, że zazwyczaj wiązały się z wyjazdami w góry. Choć może to ten równomierny stukot, ciągnące się w nieskończoność pola i lasy, czas na nadrabianie książkowych zaległości. W przeciwieństwie do autobusów, w pociągu nie dopada mnie choroba lokomocyjna, co jest wybawieniem przy dłuższych trasach.

Na peron wtacza się teelka, a my z nadzieją zajmujemy miejsca w jeszcze wolnym przedziale. Po chwili dosiada się sympatyczna para i do Tczewa rozkoszujemy się luksusem dwóch miejsc na osobę. Czar jednak pryska, gdy dosiada się ewidentnie rozbujany i przesiąknięty zielem pan, który bez krępacji (oraz miejscówki) rozkłada się na dwóch siedzeniach. Tak naprawdę trzech, bo prawie kładzie głowę na kolanach Piotrka (ej, to mój chłopak!). Na szczęście, zgodnie z przewidywaniami, panowie wysiadają w Warszawie, a my próbujemy pokimać. Niespecjalnie długo, bo gdy za którymś razem otwieram jedno oko, jest 3:30, czyli za pół godziny Krakówek i wysiadka. Pociąg co prawda jedzie bezpośrednio do Zakopanego, jednak cztery godziny, których potrzebuje na pokonanie odcinka Krk-Zako, uważam za kpinę. Trzęsąc się z zimna (ja zawsze trzęsę się z zimna), tuptamy na dworzec autobusowy, z planem złapania pierwszego PKS-u w stronę Zakopca. Przecież sprawdziłam w internetach, coś miało jechać krótko po 4:00. Nic to, że sprawdzanie moje miało miejsce kilka miesięcy wcześniej. Ciii… Nerwowo rozglądamy się po niemal pustym dworcu, znajdujemy rozkład a tam najbliższy bus za… dwie godziny. Mój wewnętrzny jęk przeraziłby każdego, przełykam nerwowo ślinę i po chwili gęstych tłumaczeń szepczę zrezygnowane „przepraszam”. Jest mi maksymalnie głupio, trzeba było jechać do tego Zakopca, przynajmniej byśmy się wyspali i o 8:00 byli na miejscu, zachciało mi się być mądrzejszą od rozkładu. Zapamiętajcie sobie, nigdy nie mocujcie się z rozkładem jazdy pekaesu, jesteście na przegranej pozycji. Wtem! Moje rozdygotane żale zostały przerwane pojawieniem się śnieżnobiałego autokaru przy sąsiednim stanowisku. Przecierając oczy ze zdumienia, wpatrywałam się w wyświetlacz: Z a k o p a n e 4:40. Ale że le what?! Kilka minut później siedzieliśmy już w środku, na zaszczytnych miejscach obok wonnych toalet. A potem ocknęłam się minutę od zakopiańskiego dworca, na widok gór za szybą zaświeciły mi się oczy i wydawało mi się, że byłabym gotowa biec na Gerlach. Zamiast tego poczłapaliśmy na przystanek (przeniesiony na tyły dworca kolejowego, chyba niedawno, bo było więcej skonsternowanych osób) i cierpliwie czekaliśmy na zapełnienie busika, bo jak wiadomo, bez zajętych trzydziestu miejsc z dwudziestu istniejących, nie opłaca się jechać.

Około 7:30 byliśmy już w Palenicy. Zarzuciliśmy tobołki na plecy i dziarskim krokiem podreptaliśmy w jedynym słusznym kierunku. I niby czułam zmęczenie i nieprzespaną noc, niby plecak ciążył, ale… góry mają tę niesamowitą moc, że w takich sytuacjach dają endorfinowy strzał i sprawiają, że chce się skakać z radości. Po czterdziestu minutach radosnego klepania asfaltu, dotarliśmy do Roztoki, gdzie planowaliśmy zatrzymać się na trzy noce, a potem przenieść do Piątki lub na Halę Kondratową, ale wiadomo, do czego służą plany. W Roztoce jest wygodnie, smacznie (ba! najsmaczniej w całych Tatrach!), domowo i przytulnie… A że ostatecznie udało nam się przedłużać pobyt na kolejne dni z noclegiem na łóżkach, to zostaliśmy w tym schronisku.

Po szybkim przepakowaniu „na lekko” i podładowaniu baterii szarlotką z bruszwicą ruszyliśmy na rozgrzewkowy spacer. To znaczy, tak miało być w założeniu. Po płaskim (od kiedy w górach jest płasko, ja się pytam), krótko (wychodząc na szlak o 11:00 nie istnieje „krótko”, nawet najkrótsze „krótko” zamienia się w „długo”), spokojnie (no to już prędzej). Ostatecznie wyszło tak: Roztoka – Polana pod Wołoszynem – Rusinowa Polana – Wiktorówki – Gęsia Szyja – Rówien Waksmundzka – Polana pod Wołoszynem – Roztoka, kilometrów 13 (choć to marny wskaźnik w górach, gdzie dystans często ma się nijak do wysiłku włożonego w pokonanie trasy).

Po powrocie nastąpiło zasłużone klapnięcie i sen, z którego nawet ryk jelenia pod oknem by nas nie wybudził… a wierzcie, jelenie się nie krępowały – w kolejnych dniach ich nawoływania dostarczyły nam jeszcze sporo wrażeń.

Startujemy z Roztoki.

tatry-0001

I zaczyna się przyzwyczajanie nóg do pionów.

tatryvertical

Dochodzimy do Rusinowej Polany, a ja wpadam w stan… no, w ten stan, w który wpadam zawsze na widok wełniaczków. I chyba jak zwykle zaczynam przebąkiwać o upragnionej własnej alpace.

tatry-0017-2

tatry-0015

tatryvertical1

Przychodzi ten moment, kiedy z widokiem najlepszym z możliwych można się, mówiąc kolokwialnie, walnąć i myśleć o niczym. „Nic” to bardzo ciekawa rzecz do obmyślania, polecam.

tatry-0036

Można także udawać, że okrywa nas peleryna-niewidka. Również polecam.

tatry-0028

tatry-0029

Mistrzostwa świata w robieniu selfie to ja chyba nie zdobędę.

tatry-0020

Jeszcze chwila laby (w tym małe oscypkowe obżarstwo) i…

tatry-0018

tatry-0034

… i idziemy na Wiktorówki, odwiedzić o. Jacka (temat spotkań znajomych podczas tego wyjazdu to osobna sprawa, przeszłam siebie). Trochę się zasiedzieliśmy, bo przy herbacie dominikańskiej siedzi się nad wyraz przyjemnie, ale plan to plan, lecimy na Gęsią Szyję.

tatryvertical2

I dolecieliśmy. Psiocząc trochę (trochę bardzo) na monotonne stopnie, ale dolecieliśmy.

tatry-0061

Magiczne kuleczki aka agrest w czekoladzie. Zostałam zmuszona do zjedzenia całej paczki. Ktoś wątpi, czy dałam radę?

tatry-0059

I na koniec trochę skakania po skałkach. Czyli że najlepiej na świecie.

tatry-0055 tatryvertical4

tatryvertical5

tatryvertical6

Advertisements

9 uwag do wpisu “Wstajesz i jedziesz, dzień dobry TPN!

  1. Jak ja dobrze znam te przygotowania i długaśnie wyczekiwanie na wyjazd w Tatry! Od momentu jak mój wakacyjny pobyt w Zakopanem się skończył nie mogłam się doczekać października i wyjazdu na studia bo doskonale wiedziałam, że mieszkanie w Krakowie równa się coweekendowy wypad w góry! :D

  2. agrest w czekoladzie? nie znam.
    jej, ale fajnie czytać jak ktoś tak szczerze się cieszy i ekscytuje na myśl o wyjeździe, mam wrażenie że jakas zblazowana juz jestem. w sensie ja też się cieszę – zawsze – ale zawsze mam jakieś ‚ale’.

    w ogole, ewa, moglabyś częściej dłuższe teksty pisać!

    aha, i roztoka. roztoka x2. nie będę się już pastwić nad zielonym szlakiem, uważam że te lasy iglaste w górach są tylko na zasadzie „na dobre trzebasobie zasłużyć”, ale zaciekawilaś mnie schroniskiem, bo byłam absolutnie przekonana że tam nikogo nigdy nie ma! w sensie, po co spać w roztoce jak mozna rano pojechać na palenicę? po co jeść w roztoce, jak dopiero się zaczęło marsz?
    zagięłaś mnie. jak będę następnym razem to zajdę na szarlotkę.

    • agrest w czekoladzie z tesco. naprawdę polecam. ja zjadam metodą na delicje, czyli najpierw obgryzam czekoladę, a potem środeczek.

      hehe. hehehehe, he! dłuższe teksty. zabawna sprawa, bo swego czasu (okej, całe życie szkolno-studenckie) uwielbiałam pisać, po czym przestałam, bo uznałam, że nie pasuje to do kanonu internetów. przełamuję się jednak. przy tym tekście po publikacji popukałam się w czoło – kto będzie czytał elaborat o wybieraniu się na pociąg? nie lepiej napisać „wsiedliśmy i obudziliśmy się w górach”? ;-)

      roztoka! to schronisko było kiedyś oblegane, dopóki tpn nie zamknął szlaku z drugiej strony, teraz może ruch mniejszy (choć piątkowego oblężenia nie zapomnę, ludzie gdyby mogli, spaliby pod sufitem), ale rety, tak bardzo warto! genialne schronisko. no i zawsze to już w górach i trochę bliżej, mimo wszystko :) ale atmosfera, spanie, smaki..:)

      • Ech, w tym właśnie i problem (chociaż w sumie ma to dobre strony), że ludziom się nie chce tam schodzić… a to najbardziej przytulne, domowe, smaczne, dobre schronisko w Tatrach :) Murowańcem tegorocznym jestem zniesmaczona

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s