Ewa vs. halny 0:1, czyli lepiej poleńmy się nad Czarnym Stawem

Wstępny plan szczytowania na Rysach wymierzony był w środę. Mieliśmy być wypoczęci (mhm), na noc „po Rysach” udało się zarezerwować dwójkę, żeby dobrze odpocząć i konkretnie się wyspać, pogoda zapowiadała się fantastycznie. Spakowaliśmy się z nastawieniem na zdobywanie najwyższego szczytu polskich Tatr, pojedliśmy obficie, żeby zmagazynować siły i już mieliśmy kierować się do pokoju, ale kupując wodę, Piotrek wspomniał przy barze mimochodem o celu naszej wycieczki. Po tym, co usłyszeliśmy, miny nam trochę zrzedły: „zastanówcie się dobrze, podejdźcie pod Czarny Staw i zweryfikujcie ten plan, bo ma wiać halny, nawet 130 km/h”. Chwilunia. Na halny to my się nie umawialiśmy. To znaczy – oczywiście, zawsze byłam ciekawa, co to ten słynny halny w praktyce, w czuciu i odczuciu, jak bardzo może wiać, ale… ale dlaczego akurat w dniu, kiedy chcemy iść na Rysy, które próbowałam zdobyć od lat nastu i „zawsze coś”. No dlaczemu, ja się pytam. Jeszcze przed snem podjęliśmy decyzję, że trudno, idziemy, zobaczymy wyżej, jak się sprawy będą miały. Wyszliśmy około 6:30 i tak naprawdę już kilkanaście minut później wiedziałam, że to nie jest ten dzień. Jeszcze nie przez halny, a z bardzo prozaicznego i głupiego powodu. Otóż wymyśliłam, że szkoda czasu na rozsiadanie się nad śniadaniem o takiej porze, przemkniemy szybko do Morskiego i tam zjemy. Zignorowałam fakt, że bez śniadania to ja mogę co najwyżej przejść się dookoła bloku (a i to nie jest pewne) i dość szybko zaczęło mi się kręcić w głowie a każdy krok okupiony był sporym wysiłkiem. Na Rysy się Ewunia wybrała, tak?

Jakoś doczołgaliśmy się do Moka, ale zanim to nastąpiło, zostaliśmy kilkanaście razy uderzeni mocnym, ciepłym podmuchem. „Kochanie, czy to jest halny?” nerwowo dopytywałam, licząc na przeczącą odpowiedź. Parę drzew po drodze straciło kręgosłupik, trach, bach, łup. Wiało. Bardzo mocno wiało. Żadne z nas nie było skore do dyskusji nad potencjalnym zawietrzeniem w wyższych partiach, ale oboje czuliśmy, że szanse na cokolwiek wyższego drastycznie maleją.

Weszliśmy do (jeszcze) przyjemnie pustego schroniska, przy którym wiało już tak, że zaczęłam dopuszczać myśl, że lekko mnie pokręciło z Rysami tego dnia. Co nie zmienia faktu, że (jeszcze) nie odpuściłam. Najpierw jednak wpadliśmy na o. Toma i Krzysztofa, siedliśmy więc do wspólnego śniadania co pięć minut wychylając się w kierunku Rysów i Żabiej Lalki (każdemu wedle interesu dnia) i kręcąc głowami na widok rozbujanych drzew. W międzyczasie obrzydliwa morskooczna jajecznica i jeszcze gorsze wafle ryżowe postawiły mnie na nogi i poczułam, że teraz to ja bym mogła góry zdobyć. Taki żarcik.

Piotrek zdecydował się wrócić do Roztoki (jeden mądry w tej drużynie), ja połasiłam się na wycieczkę z o. Tomem i Krzysztofem pod Zachodniego Mnicha. W końcu taka gratka nie trafia się często, a tu panowie ze sprzętem i doświadczeniem i można na legalu hopsnąć na taternickie ścieżynki i pod ścianę. Wskoczyliśmy na znaną mi na pamięć już ceprostradę, gdzie po wyjściu na odkryty teren z każdym krokiem przybierałam pozycję coraz bardziej ilustrującą uwstecznianie ewolucji. Na niewiele się to jednak zdało, bo halny bawił się nami w najlepsze, każdym kolejnym podmuchem śmiejąc się w twarz i mocno sugerując, że lepiej by było, gdybyśmy zostali w schronisku. Miny mieliśmy niewyraźne, ale wiecie, jak to jest, gdy coś wjedzie komuś na ambicję. Jak wjedzie trzem osobom, to tak jakby ambicja do kwadratu, a gdy mija się Olę Taistrę i Dawida Kaszlikowskiego również cisnących pod górę, to już sześcian na horyzoncie. Bo przecież teraz nie zawrócimy, dojdziemy do rozwidlenia, może tam będzie mniej wiało (nie, nie będzie, będzie tylko gorzej)… łubudubudu! Hjuston, gdzie jest Ewa? No cóż. Leży z obitym tyłkiem trzy metry od szlaku i sprawdza, czy wszystkie części ciała ma na swoim miejscu. Do śmiechu mi nie było, Krzysztof, który szedł za mną, miał konkretnie przerażoną minę wciągając mnie z powrotem na szlak. Ja w duchu przeklinałam tę wycieczkę, ale łapiąc się co drugiego głazu, jakoś doszliśmy do rozwidlenia, gdzie schowaliśmy się wśród kamieni. Bałam się ściągnąć plecak i sięgnąć po batona, bo bez dodatkowego balastu pofrunęłabym pewnie w kierunku Morskiego Oka. Jednomyślnie podjęliśmy decyzję o odwrocie (chlip, chlip, Zadni Mnichu, jeszcze do ciebie wrócę), ale w tym momencie dotarło do mnie, że schodzenie będzie trudniejsze, niż wchodzenie i nogi się pode mną ugięły, zanim jeszcze wykonałam pierwszy krok. Przełknęłam nerwowo ślinę, ale na sugestię Krzysztofa, że „Ewa, jak coś to możemy związać się liną, żaden wstyd”, odpowiedziałam, że jakoś dam radę. Po dwóch krokach głowa zastrajkowała, nie było szans, żebym po tamtym locie zeszła samodzielnie. Związaliśmy się i… ostrożnie bo ostrożnie, ale poszło gładko, bez napinania liny i przystanków. Niesamowite, jaki komfort psychiczny daje lina. Nie lekkomyślność, bo cały czas szliśmy w pełnym skupieniu i koncentracji, ale lina pozwala odblokować się psychicznie. Minęliśmy po drodze kilka grupek niedzielnych turystów idących w górę i stanowczo odradzaliśmy im ten kierunek, na co od jednego z panów z brzuszkiem usłyszeliśmy „to tam wyżej się nie da? tak na przestrzał nie przejdziemy?”. Na przestrzał do Doliny Pięciu Stawów. Jasne, szefie.

Gdy wróciliśmy do schroniska było po 11:00. Cały dzień przed nami, co robić? Po małym herbacianym odpoczynku postanowiłam wracać do Roztoki, a o. Tom i Krzysztof zechcieli mi potowarzyszyć i przejść się na obiad do najlepszego pod względem kuchni schroniska w Tatrach (bo to, co można dostać w MOKu, woła o pomstę do nieba). Na Włosienicy spotkaliśmy Piotrka (poszedł do Roztoki i wrócił po mnie pod Morskie, lowju kochanie) i pobiegliśmy na jedzę, bo co lepszego nam pozostało.

Według wszelkich prognoz halny miał nie odpuszczać również dnia następnego, więc postanowiliśmy w czwartek urządzić dzień absolutnego lenistwa. Wyspaliśmy się za wszystkie czasy, śniadanie zjedliśmy nieprzyzwoicie późno i… no dobrze, idźmy na jakiś spacer, bo cały dzień robienia nic to jednak za dużo. Poczłapaliśmy do Morskiego trochę żałując, że nie wyszliśmy wcześniej, bo pogoda była piękna (patrz niżej), a jak się później okazało, sporo osób poleciało jednak na Rysy, bo ktoś rzucił plotkę (nie słuchajcie nabzdryngolonych „znawców gór”, którzy wieczorami wciskają ludziom takie hity-kity), że to ostatni dzień pogody w tym sezonie.

tatry-0133 tatry-0135 Jak leniwie, to leniwie. Popas z dala od stonki turystycznej (choć od niej nie da się uciec zbyt daleko w tym rejonie).
tatry-0137Heheszki i sucharki.
tatry-0139

Długo nie poleniuchowaliśmy. To znaczy ja się nie ruszyłam, ale Piotrka szybko zaciągnięto do roboty…
tatry-0143 tatry-0148tatry4

Podeszliśmy sobie pod Czarny Staw robiąc mały rekonesans, bo „a nuż” się te Rysy jednak udadzą w piątek. Po drodze takie atrakcje.
tatry-0153

Near, far, wherever you are…
tatry-0156Ludziów jak mrówków było, więc wciągnęliśmy się z bambetlami nieco w kierunku Przełęczy pod Chłopkiem i gdyby nie to, że była już 14:00, rozważyłabym pójście dalej. Choć tak naprawdę to nawet nie ta pora, a nagły atak halnego i w błyskawicznym tempie przybierające na sile podmuchy wiatru sprawiły, że postanowiliśmy się ewakuować. Wiało, znowu konkretnie wiało.
tatry-0182

Żabia Lalunia jak się patrzy. Może kiedyś. To znaczy na pewno. Kiedyś.
tatry-0160

Lala jak malowana.
tatry-0162

Popas. Znowu. Again.
tatry-0164 tatry-0169

Na zdjęciu tego nie widać, ale musicie mi uwierzyć na słowo – światło wlewające się zza grani, no nie da się tego powiedzieć inaczej, robiło magię.
tatry-0172

Kontemplacja mode on.
tatry-0175 tatry-0179Walka z wiatrem była skazana na porażkę, wykonaliśmy więc odwrót. Żeby jednak trochę urozmaicić sobie życie, poszliśmy drugą stroną Morskiego Oka. A tam takie kwiatki.
tatry-0183

I atak chmur.
tatry-0187O jaka piękna ściana…
tatry-0194

Sesyjka przy wodospadzie i można lecieć na jedzenie. I pakowanie. I spanie. I Rysy, next day. Zostańcie nastrojeni, czy jakoś tak.
tatry-0195 tatry43

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ewa vs. halny 0:1, czyli lepiej poleńmy się nad Czarnym Stawem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s