Rysów zarys

Ja wiem, że wycieczka miała miejsce ponad dwa miesiące temu. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że w te ciemne, grudniowe dni, dobrze wrócić pamięcią do względnie ciepłego, tatrzańskiego września… Dla mnie to powrót szczególnie miły, bo dziś będzie o Rysach. Góra dla mnie wyjątkowo ważna, choć wcale nie dlatego, że najwyższa, że to „ta góra”, że „trzeba”. Nie, nie, nie. Najzwyczajniej w świecie miałam z Rysami osobiste porachunki, uważałam, że góra jest złośliwa, bo nie będąc specjalnie trudną, od lat nie pozwalała mi się zdobyć. Jeszcze byłam w stanie wybaczyć nieudane próby z czasów dziecięctwa, kiedy to dziesięcioletnia Ewa wybrała się na Rysy z rodzicami, od strony słowackiej, czyli tej łatwiejszej, i w połowie pięknego, słonecznego sierpnia zaskoczył nas śnieg po kolana. Odpuściliśmy, co zrozumiałe. W czasie licealnym zaczęłam się jednak nieco buntować, bo albo towarzystwo, z którym byłam w górach, było niechętne na Rysy, albo pogoda kapryśna, albo w innej części Tatr buszowałam. I tak przez lat wiele foch obustronny narastał, a zła passa nie została przełamana nawet w zeszłym roku, kiedy wybrałam się w Tatry sama, obiecując sobie, że „teraz to już na pewno”. Zapomniałam chyba, że w Tatrach nie ma czegoś takiego, jak „na pewno”.

Skłamałabym mówiąc, że w tym roku już mi na Rysach nie zależało. Próbowałam te zapędy tłumić, ale mój wewnętrzny uparciuch dopominał się o nieszczęsne 2503 metrasy nad poziomem zbiornika wodnego. Wszelkie wzmianki o psującej się pogodzie oraz namacalne doświadczenie z szalejącym halnym doprowadzały mnie do rozpaczy, którą próbowałam ukryć, mamrocząc pod nosem coś o braku sprawiedliwości na świecie.

Nadszedł dzień ostateczny, wóz albo przewóz, piąteczek piątunio, sobotni Gdańsk już majaczył na horyzoncie (dlaczego, ja się pytam, nie można jakoś przybliżyć morza i gór w tym pięknym kraju?). Musiałam być bardzo zdeterminowana (żeby nie powiedzieć zdesperowana), skoro udało mi się przekonać Piotrka do pobudki o 3:30. Do dziś pamiętam jego minę, gdy po raz pierwszy wspomniałam o tej godzinie. To się nazywa próba związku.

Jak się okazało, nie byliśmy jedynymi wariatami – w kuchni spotkaliśmy parę również wybierającą się na Rysy, choć gdy jednym uchem wyłapałam, że biegają Rzeźnika i inne ultra wariactwa, to raczej się nie nastawiałam na wspólną wycieczkę (minęliśmy się pół godziny od szczytu – oni już zbiegali). O 4:45 włączyliśmy czołówki i ruszyliśmy w las. Macie pojęcie, jak w takich warunkach pracuje wyobraźnia? Dobrze, że z jeleniami na rykowisku byliśmy już oswojeni, choć każdy ryk robił wrażenie, szczególnie w ciemnym lesie. Jakoś wybitnie strachliwa nie jestem, ale nieswojo mi się robiło, gdy traciłam światełko przede mną z „wyciągnięcia ręki”. Na asfalcie do Morskiego Oka było już raźniej. A te kilka przystanków na wyłączenie czołówek i patrzenie w niebo usiane gwiazdami, które niemal spadały na głowę, było bardzo przyjemne. O 6:00 byliśmy w MOKu – idealnie na wschód słońca. Między innymi dla takich chwil wstaje się o nieludzkich porach i jak lunatyk nagina pod górę.

2tatry-0005

2tatry-0009

Kontemplacja kontemplacją, śniadanie śniadaniem (jedliście kiedyś drugie śniadanie o 6:00 rano?), ale Rysy wzywają and I must go. Wiecie, jak cudownie pusto jest o 7:00 nad Czarnym Stawem? Stonka jeszcze śpi w Zakopcu, wycieczki szkolne nie spychają się z kamieni… można samemu robić lamerskie zdjęcia, których nikt nie zobaczy. Moja ulubiona poza pt. myślę, przeżywam, chłonę.

2tatry-0015

W końcu trzeba się ruszyć (znowu…). A jak już się człowiek ruszy, to spotyka taką elegantkę. Wyskoczyła dwa metry przed nami, ale zanim zdecydowaliśmy się wyciągnąć aparat („po co, na pewno się spłoszy” – a trzeba było), koziczka obróciła się wiadomą stronę i dostojnym krokiem zaczęła się oddalać.

2tatry-0019

Uwielbiam ten moment, kiedy orientuję się, że jestem na takiej wysokości, że gdzie nie spojrzę, to skały. Księżycowy krajobraz, majestatyczne góry, pozaszlaki, o których marzę, ostre granie… takie najbardziej „moje” Tatry. Przy takim widoku biorę głębszy wdech i zawsze jakoś nagle napływają do mnie dodatkowe siły, nawet jeśli przed chwilą marudziłam, że ciężko, nie mam siły, nie mogę. Górskie placebo.

2tatry-0024

2tatry-0025

2tatry-0026

Ustaliliśmy sobie jeszcze nad Czarnym Stawem, że na Buli pod Rysami zrobimy popas na doładowanie snickersem. Trzymając się tej myśli, zasuwałam pod górę. Gdzieś po drodze wpadło mi jednym uchem pytanie Piotrka, czy się zatrzymujemy, na co zdziwiona odparłam, że nie, po co, idziemy dalej. Zaczęłam lekko opadać z sił, ale uparcie powtarzałam sobie, że musimy dojść do Buli i tam odpoczniemy. W końcu, pod samymi łańcuchami, nieśmiało zapytałam, gdzie jest ta nieszczęsna Bula i czy możemy tu stanąć, na co usłyszałam „ale kochanie, pytałem czterdzieści minut temu, przy Buli, czy nie chcesz odpocząć”. Wizyta u okulisty, raz.

2tatry-0027

Łańcuchy były całkiem przyjemne o tej dość wczesnej porze, choć na pewno nie chciałabym tą samą drogą schodzić i brać udział w szalonej mijance. Przyjemność to żadna, zdecydowanie jestem za wejściem od polskiej strony i zejściem na Słowację. A jak już się wejdzie, to jest tak.2tatry-0028

I tak. bardzo, bardzo błogo. To na słowackim wierzchołku, bo nie wiedzieć czemu, ten polski, niższy, cieszy się większą popularnością. Brak tylko parawanów polisz stajl. 2tatry-0031

2tatry-0035

2tatry-0038

2tatry-0040

Chmury nadciągały w ekspresowym tempie, a przed nami było jeszcze zejście na Słowację i łapanie transportu powrotnego, więc ustąpiliśmy miejsca na szczycie kolejnym chętnym (W tym trzem psom!).

2tatry-0033

Pod szczytem od strony słowackiej. Spacer jak nic.     2tatry-0043

Poniżej Chata pod Rysami. Plan jest taki, żeby w przyszłym roku przenocować tamże i skoczyć na Rysy na wschód słońca.

2tatry-0046

Chata pod Rysami to dość wyjątkowe miejsce w Tatrach. Łazienki tam tradycyjnej nie uświadczysz, jest natomiast dostępna niewątpliwa atrakcja w postaci kolorowego wychodka… nad przepaścią. Doznania i widoki (poniżej ilustracja, ja odpuściłam, ale Piotrek się wystał swoje w kolejce i udokumentował) z pewnością niezapomniane.

2tatry-0044-2

2tatry-0045

Poniżej Grań Baszt, moje wielkie marzenie. Poczytajcie o tym miejscu, a konkretnie o Szatanie, u Magdy.

2tatry-0058

Pozachwycajmy się tym widokiem…

2tatry-0054
2tatry-0055

To teraz tylko w dół, dół, dół. Kolana dostają trochę w kość. Jakimś cudem moja pooperacyjna noga nie strajkowała, więc kijki mogłam odstąpić Piotrkowi, ale każdego takie schodzenie może zwyczajnie zmęczyć. Chwila nieuwagi i skręcenie kostki na łatwym odcinku to żaden problem, bo nogi zaczynają się plątać. Najwięcej kontuzji górskich chyba stąd się właśnie bierze. Zdradliwe kamloty.2tatry-0051 2tatry-0059

Nie wiem, czy to kwestia naszego zmęczenia, zasiedzenia w Chacie pod Rysami, czy błędów na mapie, ale droga na elektriczkę z Popradskiego Plesa zajęła nam sporo czasu. Dość powiedzieć, że przedostatnia elektriczka uciekła nam sprzed nosa, a na następną czekaliśmy godzinę. W międzyczasie zebrała się wokół nas grupka Polaków, którzy maniakalnie zadawali pytanie „czy da się stąd wrócić na polską stronę?”, czym wprawili nas w niemałe zdumienie. Zostaliśmy obwołani przewodnikami grupy (ekskjuz mi, ale dzień wcześniej mówiłam, że nigdy nie wzięłabym odpowiedzialności za kogokolwiek innego w górach, a co dopiero za grupę), „bo wiecie, jak wrócić”. To jednak jeszcze nic, ok, pomożemy. Ale kurczę, mam ochotę kopnąć kogoś w cztery litery, kiedy słyszę takie słowa:

„Bo my tak w sumie przypadkiem na te Rysy, przyjechaliśmy do Zakopanego i chcieliśmy wjechać na Kasprowy, ale kolejka była na trzy godziny stania, więc stwierdziliśmy, że odpuścimy i następnego dnia wejdziemy na Rysy. Ciężko było, myślałam, że nie damy rady, no i nie wyobrażałam sobie schodzić po tych łańcuchach, ale na szczycie ktoś nam powiedział, że nie musimy schodzić tą samą drogą, no i tak się tu znaleźliśmy i teraz nie wiemy, jak wrócić, spadacie nam z nieba”.

Albo: „Wyszłyśmy z Morskiego Oka, tam nocowałyśmy i zostawiłyśmy rzeczy, miałyśmy po nie wrócić, ale nie chciało nam się po tych łańcuchach z powrotem, więc zeszłyśmy tu. I teraz nie mamy nic, wszystko zostało w Morskim, a nocujemy w Kuźnicach”.

Na osłodę jednak: „Naprawdę też byliście na Rysach?! Pani to wygląda, jakby ze spaceru wróciła!”. A dziękuję, dziękuję. Przypominałam sobie te słowa, kiedy powłócząc nogami wracaliśmy o 21 do Roztoki. Miny ostatnich zbiegów z Morskiego Oka – bezcenne. Pod prąd idą, powariowali czy co, o tej porze w górę? No, trochę powariowali, bo trudno dla Tatr nie zwariować…

 

 

Reklamy

8 uwag do wpisu “Rysów zarys

  1. Hahaha 😁 Cytaty dobre, też mnie zawsze zastanawia ten pociąg do spontanów. Tyle że dla tak niezorientowanych w temacie to powinno być zakazane. 😉 Nigdy nie zapomnę rodzinki z dzieckiem w tenisówkach na Orlej, którzy próbowali zejść z Granatów na przełaj, Żlebem Drege’a, bo nie mieli mapy, nie wiedzą jak wrócić do Murowańca, a poza tym już im się nie chce. Po krótkiej rozmowie okazało się, że to ich pierwsza w życiu wycieczka w górach. Słyszeli że na Orlej ładnie…
    Gratulacje ze zdobycia Rysów! 😁

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s