Georgia & Armenia / 11

Przygód gruzińskich odcinek ostatni. Z tej okazji, zaczniemy cytatem. Klasyka. Kapuściński.

Podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego, jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.

Jeśli komuś mądrych słów mistrzów mało, to może jeszcze… „Modlitwa Pana Cogito – Podróżnika” Herberta. Genialny wiersz. Tak genialny, że jeśli ktoś nie zna, to niech lepiej poszuka i znajdzie.

Czytaj dalej »

Gruzja & Armenia / 10

Po kilku dniach w słonecznej Armenii czas wracać do… słonecznej Gruzji. Dzień powrotu – niedziela – to w mojej pamięci seria dynamicznych obrazów; obrazów przewijających się jak w starym kinie, gdzie skrzypią siedzenia i trzeszczą filmowe rolki. Albo raczej – jak na karuzeli, gdy ostrość koncentruje się na pierwszym planie a reszta to rozmazany obraz, choć bardzo świadomie rejestrowany i przetwarzany. 11.00, wsiadamy do marszrutki w Erywaniu, marszrutki wyjątkowej, bo jadącej według planu, na zamówienie i zapisy. W marszrutce żołnierze, w tym jeden, który służył w Iraku i opowiada o poznanym tam polskim żołnierzu, armeńskim koniaku i skutkach jego konsumpcji („no to mozemy na Talibów…”). Przystanek. Dzielimy wiatę i stół z żołnierzami, którzy częstują nas Fantą (cóż za odmiana po dwóch tygodniach Coca-Coli) i cienkim lawaszem. Lawaszem, który można przechowywać do czterech miesięcy!

Czytaj dalej »

Gruzja & Armenia / 9

Po kilku dniach na nizinach (o ile w Gruzji i Armenii można w ogóle mówić o „nizinach”) zatęskniliśmy za górami. A dokładniej – ja zatęskniłam, chyba przede wszystkim dlatego, że zależało mi na zdobyciu jakiegoś szczytu, skoro na Kazbek nie udało mi się wejść. Wybór padł na Aragats w Armenii. Dosyć naiwnie uwierzyliśmy szemranym źródłom (sama już nie wiem jakim) podającym, że tamte rejony są ciepłe i w okolicach szczytu jest kilkanaście stopni na plusie. W związku z tym nie braliśmy długich spodni (resztki rozumu podpowiedziały mi, żeby do spania wziąć termiczne getry) i ciepłych bluz (resztki resztek rozumu podszepnęły, że może chociaż merynosa warto zabrać) i pojechaliśmy w góry z niemal pustymi plecakami. Dźwigaliśmy tak naprawdę tylko namiot, śpiwory i wodę.

Czytaj dalej »

Gruzja & Armenia / 8

Trudno zabrać się do pisania o upalnej Armenii, gdy za oknem nie więcej niż dziesięć stopni i wielka szarość. Patrzę na zdjęcia z Kraju Soczystych Owoców i zastanawiam się, czy tamto słońce mi się nie śniło. Chyba jednak nie – gdyby tak było, to nie rozchorowałabym się zaraz powrocie do zimnej Polski.

Po dniu słodkiego lenistwa ruszyliśmy zwiedzać Armenię. Najpierw pojechaliśmy marszrutką (a jakże) do Echmiadzin (polska nazwa – Eczmiadzyn, ale jakoś mi nie pasuje). Miasto położone jest zaledwie kilkanaście kilometrów od Erywania, podróż trwa pół godziny. To trochę taki armeński Watykan – siedziba Katolikosa, najwyższego patriarchy Kościoła Ormiańskiego. Katedra w Echmiadzin (5 i 6 zdjęcie) pochodzi z samego początku IV w. i jest najstarszym kościołem w Armenii. Katedra jest częścią większego kompleksu świątyń, znajdującego się na liście UNESCO.

Czytaj dalej »

Gruzja & Armenia / 7

Żegnaj Gruzjo (jeszcze wrócimy;)), witaj Armenio! Wskakujemy do marszrutki do Erywania… i kwitniemy w owej marszrutce ponad 45 minut. Nie od dziś wiadomo, że marszrutka nie pojedzie, zanim się nie zapełni. Około południa ruszamy i telepiąc się po dziurawych drogach, po dwóch godzinach dojeżdżamy do gruzińsko-armeńskiej granicy. Zostaję wypchnięta na pierwszy ogień do kontroli paszportowej; przemiła celniczka zagaduje mnie i wypytuje o wrażenia z Gruzji. „What do you like most?” – „The mountains and the food! And the people, of course!” – śmieję się. Po chwili w moim paszporcie widnieje kolejna pieczątka.

Czytaj dalej »