[PL/EN] O brytyjskiej uprzejmości słów kilka

Hi, how are you?, Are you ok?, How’s everything? … i tak kilkadziesiąt razy dziennie. Najpierw odpowiadam z uśmiechem, spontaniczne I’m fine, thanks. Potem z lekkim zdziwieniem, ale nadal z uśmiechem. Wreszcie… zniecierpliwienie. O co tu chodzi? Czasem fine, czasem nie fine… W pewnym momencie odpuściłam, kiedy miałam gorszy dzień, odpowiadałam przeciągle fiiiine… though I’ve had a sleepless night/tough day at work/…, co spotykało się zazwyczaj z lekką konsternacją drugiej strony. Lekka panika i wycofanie – bo nie daj Boże wejdziemy na jakieś poważne, trudne tematy, na środku ulicy zaczniemy mówić o problemach…

Słynna brytyjska uprzejmość to nie fikcyjny stereotyp. Istnieje i ma się dobrze (całkiem fine!), doświadczyłam jej na własnej skórze przez trzy lata mieszkania w Londynie; to chyba wystarczający czas, żeby wykluczyć czynnik przypadkowości.

Czytaj dalej »

Z wizytą w Londynie

O czym myślę, kiedy mówię o Londynie? Dla wielu osób pierwsze skojarzenia z tym jedynym w swoim rodzaju miastem to znane z londyńskich pocztówek: Big Ben, London Eye, parlament brytyjski, pałac Buckingham, Tower Bridge. Nic dziwnego – taki obraz Londynu funkcjonuje i jest częściowo prawdziwy. Mój Londyn – Londyn, którym zdążyłam przesiąknąć mieszkając w tej metropolii przez kilka lat, to Londyn pełen sprzeczności, nieustannych zaskoczeń i zachęcający do codziennego odkrywania jego tajemnic. Gwarantuję, że jeśli ktoś postanowi odwiedzić to miasto, nawet z krótką, kilkudniową wizytą, to „klasyczne” atrakcje turystyczne go nie ominą. Nie da się, po prostu nie da się nie zobaczyć miejsc, w które jakimś sposobem prowadzą wszystkie drogi – pieszo, autobusem oraz metrem. Prędzej czy później znajdziemy się na Oxford Street, Trafalgar Square czy pod słynnym „Ogórkiem” wśród biurowców City i przejdziemy od katedry św. Pawła mostem Millenium Bridge do Tate Modern. Jeśli jednak ktoś w to wątpi, to dla stuprocentowej pewności warto sobie te miejsca zaznaczyć na mapie i co jakiś czas sprawdzać, czy jesteśmy w okolicy i możemy podejść do danego miejsca lub budynku, bo, nie przeczę, wiele z nich zasługuje na uwagę i zwiedzanie dłuższe niż spojrzenie rzucone z okna autobusu (może z wyjątkiem słynnego muzeum figur woskowych Madame Tussauds, które wymaga odstania kilku godzin w kolejce i życzy sobie zawrotnej kwoty za wstęp). Zanotujmy sobie, żeby zobaczyć Soho i Chinatown. Wybierzmy interesujące nas muzea i galerie (z naciskiem na „wybierzmy” – z doświadczenia wiem, że nawet osoby nie będące pasjonatami sztuki czy nauki, przepadają w niesamowitych zbiorach na wiele godzin i trudne te osoby potem z takiej galerii wyprowadzić). Jest w czym wybierać: British Museum, Tate Britain i Tate Modern, National Gallery, National History Museum, Victoria&Albert Museum, Science Museum, to tylko kilka z najbardziej znanych. Warto dokonać selekcji i do Londynu po prostu wrócić.

Zachęcam jednak do wybrania innego dominującego „klucza” zwiedzania Londynu, koncentrując uwagę na jego mniej popularnych dzielnicach, zaś w tych znanych warto poszukać czegoś, o czym nie piszą przewodniki. Wybierając się do Londynu za konieczną uważam wizytę na Brick Lane Market – w każdą niedzielę ta część wschodniego Londynu tętni życiem. Można tam spotkać sprzedawców zachwalających towary wszelkiej maści, lokalnych kucharzy (podobno na Brick Lane można zjeść najlepsze uliczne curry w Londynie, choć ja polecam przepyszne bajgle z piekarni, do której ustawia się najdłuższa kolejka), ulicznych grajków, a nawet… ludzi-zwierzęta haftujących w oknach. Wystarczy się rozejrzeć…

Jeśli nie czujemy się najedzeni jednym bajglem lub po prostu wolimy usiąść i spokojnie coś zjeść, to pobliskie ulice skrywają bardzo klimatyczne miejsca z przystępnymi cenami. Osobiście mam ogromny sentyment do The Book Club (100-106 Leonard Street). Czynny od rana do późnej nocy, przesympatyczna obsługa, świetny wystrój i jedzenie takie, że nie chce się wstawać od stołu. Do tego niemal codziennie koncerty, premiery książek i albumów muzycznych, słynny stół do ping ponga. Skoro wspomniałam The Book Club, to zdradzę jeszcze jedno z moich ulubionych londyńskich miejsc – tym razem na Notting Hill. Czy kilka zdań wcześniej nie odwodziłam od poruszania się po Londynie utartymi szlakami? Nadal to podtrzymuję, jednak i w obleganych częściach miasta znajdują się perełki. Taką jest Charlie’s Cafe na końcu Portobello Road. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo żeby dostać się do Charlie’s, trzeba przejść przez niepozorne podwórko zarośnięte bujną roślinnością. Warto tu przyjść na lunch ze znajomymi, na randkę w tygodniu, kiedy jest trochę miejsca na prywatność, na samotną herbatę i pogawędkę z właścicelem, który obsługuje gości. Przystępne ceny, pyszne jedzenie, obłędna kawa i ciasta. I ta atmosfera! W Charlie’s Cafe jest magicznie.

Kolorowe Brick Lane i Notting Hill kontrastują z biznesową częścią Londynu – City. Długo byłam przekonana, że nudniejszego miejsca na pewno nie ma. Jakże się myliłam… wystarczył jeden spacer po ulicach pełnych zabieganych biznesmenów (co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem, bo próbując iść spokojnym krokiem wśród nieustannie pędzacych ludzi uzyskujemy efekt „slow motion”) – spotkałam Świętego Mikołaja. Niewiele się więc zdziwiłam gdy jakiś czas później, zaintrygowana tłumem przed National Gallery, ujrzałam akrobatę robiącego fikołki na zawieszonym rowerze… Takie sytuacje to w Londynie codzienność.

Jeśli chcemy odpocząć od zgiełku głośnych londyńskich dzielnic, warto udać się do parku – a parków w Londynie jest wiele. Przez rok mieszkałam niedaleko Regents Park i Primrose Hill i te dwa miejsca polecam – przestronne, spokojniejsze od położonych w samym centrum Hyde Parku czy St. James Park. Idealne na romantyczny spacer, piknik na trawie lub bieganie (niezwykle popularne w Londynie). Dodatkowo ze wzgórza Primrose Hill rozciąga się piękna panorama Londynu, dla której warto pokonać niewielki dystans w pionie.

Pozostając w leniwym, spokojnym, lekko romantycznym klimacie – są w Londynie miejsca, które pojawiają się w mniej lub bardziej znanych piosenkach. Zawsze mnie intryguje, co takiego jest w danym miejscu, że artysta postanowił nawiązać do niego w swoim utworze. Tak też było z Warwick Avenue i piosenką Duffy o tym samym tytule. Moje doświadczenie było skrajnie różne od klimatu co najmniej smutnej piosenki i odzwierciedlającego jej nastrój deszczowego teledysku. Moje Warwick Avenue to spokojne, zaciszne i słoneczne miejsce, skąd można udać się na leniwą wycieczkę łódką. Mało kto bowiem wie o gęstej sieci kanałów londyńskich i cumujących tam barkach – dawniej używanych do transportu towarów, obecnie będących atrakcją turystyczną oraz, uwaga, dla niektórych nawet domem. Są też barki-księgarnie i barki-kawiarnie. Dla niektórych to fanaberia i moda, dla innych sposób na życie – faktem jest, że ilość barek w okolicach Warwick Avenue robi wrażenie, tym bardziej, że każda jest jedyna w swoim rodzaju.

Na koniec trochę kultury – Barbican Centre. Barbican to największy w Europie kompleks, w którym odbywają się koncerty, przedstawienia, wystawy. Jest miejsce na muzykę klasyczną, współczesny taniec, innowacyjne instalacje. Jeśli więc mamy wolny wieczór w Londynie, warto Barbican odwiedzić. Bilety często trzeba rezerwować ze znacznym wyprzedzeniem, choć nie jest to regułą. Latem dobrze jest przyjść wcześniej i spędzić czas przed koncertem lub przedstawieniem na zewnątrz i posiedzieć nad wodą – Barbican to taka londyńska „oaza” w centrum, funkcjonująca w innym rytmie niż dynamiczne miasto.

W czasach, gdy możemy za kilkadziesiąt złotych podróżować po Europie samolotem, Londyn aż się prosi o wizytę. Jedną, drugą, kolejną… To miasto uzależnia. Jeśli zdecydujemy się na wyjście poza ulice, którymi płyną miliony turystów i udamy się czasem tylko kilka przecznic dalej, doświadczymy Londynu, jakiego nie ma na pocztówkach.

Brick Lane / East London

W zeszłą niedzielę postanowiłam zrobić sobie przerwę od uczelnianego szaleństwa (koniec semestru) i spotkałam się z Martą na spokojnym spacerze po Brick Lane. Pogoda nie była może zachwycająca, ale nie przeszkadzało to nam specjalnie. Targ kwiatowy jest obłędny, polecam, jeśli będziecie w okolicy. Jest głośno, sprzedawcy przekrzykują się próbując zachęcić klientów, kolory przyprawiają o zawrót głowy, atmosfera jest wyjątkowa. Po obu stronach ulicy znajdują się malutkie sklepiki, jeśli lubicie klimaty vintage, to odnajdziecie się tam doskonale. Był taki płaszcz YSL w jednej z witryn… za jedyne 500 funtów. Second-hand w najlepszym wydaniu. Poniżej kilka zdjęć z tej leniwej niedzieli. Po spacerze i grzanym winie wylądowałam jeszcze na obiedzie u Surabhi, a na koniec na wieczornej salsie – więcej takich niedziel poproszę :)

Last Sunday I decided to take a break from the uni craziness (end-of-term-madness, to be precise) and met for a chilled walk in Brick Lane with M. Even though the weather wasn’t at its best (what would you expect from England, one could ask, but to be honest, the weather here is really pleasant most of the time, it’s much warmer than back home in Poland, it’s sunny and bright, it’s just that you never know when a cloudy day comes and then true, it’s real gloom…), we enjoyed the time a lot. I can definitely recommend the flower market, it’s absolutely stunning, you can get all kinds of flowers and other plants, this weekend there were also beautiful Christmas trees (though they were so expensive!), the colours are almost distorting your vision, the sellers are shouting and singing and doing everything to attract the visitors, the atmosphere is definitely unique and worth making the trip. There are also little private shops on both sides of the street, and if you like vintage style, you’re going to love the place. I’m not going to elaborate on the Yves Saint Laurent coat we saw in one of the second-hand boutiques for the oh-well-that’s-nothing price of 500 pounds (I know, it really is nothing for YSL, but let me remind you, I’m a student with a loan to pay back).
Below are some photos from this relaxed (and relaxing) time on Sunday, a very good day overall, with dinner at Surabhi’s place, finished with a salsa review evening.









SUNNY LONDON CAPTURES

Londyn (oraz Anglia ogólnie) cieszy się złą sławą miasta (i kraju) deszczowego i pochmurnego. Pozwolę sobie się nie zgodzić… Dwa lata mieszkania w Londynie to chyba wystarczająco, żebym mogła wypowiedzieć się na ten temat. Otóż… pogoda w Londynie nie jest taka zła, jak się powszechnie uważa. Jasne, to nie Sycylia. Nie jest jednak gorzej niż w Polsce, Niemczech, Belgii (no dobrze, ostatni przykład jest kiepski, bo trudno o kraj z pogodą gorszą niż belgijska). Jest kilka miesięcy niezbyt przyjemnych – w listopadzie, grudniu i styczniu króluje szarość i mrok, ale jeśli przetrwacie ten okres, to już w lutym możecie cieszyć się początkami wiosny. Oślepiające słońce, rześkie powietrze, pierwsze zielone liście i jasne poranki (można biegać o siódmej!).

Teraz mamy wrzesień, a ja cieszę się słońcem, które świeci nad Londynem od… wczoraj. Jest dość wietrznie i chłodno, więc korzystam i zakładam moje ulubione skórzane rękawiczki, ale jesienny płaszcz zostaje jeszcze w szafie.

Poniższe zdjęcia to szybkie migawki z lunchowej przerwy, którą postanowiłam spędzić na Trafalgarze, kilka minut spacerem od galerii, w której pracuję.

London, and England in general, has this bad fame of being the land of clouds and rain. Apparently, that is not true. I think that two years is enough to make a valid claim that the weather in London is not as bad as it is thought to be. Of course, it is not Sicily. But at the same time, it is not worse than Poland, Germany, Belgium (ok this is not a good example, as there is hardly any country with worse weather than Belgium).. True, there are few months which may not be very pleasant. November, December and January are a bit dull, grey, dark, and depressing. But if you survive this period.. then already in February, Spring comes. With the blinding sun in the still cold fresh air, with the first green leaves and bright mornings (what a joy to be able to go for a jog at 7am when it’s bright again!).

Well, anyway, it’s September now and I’m enjoying the sunny days that we have here since.. yesterday. It’s quite windy though (but as I’m a seaside girl, it doesn’t bother me at all) and chilly as well, so I’m taking the opportunity to wear my leather gloves, but leave the autumn coat in the wardrobe.

Below are some snapshots from my lunch break which I decided to spend in the sun on Trafalgar (3 minutes from my workplace) and in the evening I headed through the square again, on my way home.