[PL/EN] La bella Italia (5) – Bertinoro dinner

O jesiennej Italii popełniłam już kilka wpisów (uno, due, tre, quattro…), ale chyba tylko raz gdzieś między wierszami przemyciłam informację o pierwotnym celu wyjazdu do Włoch. Cel ilustrowany jest poniższymi zdjęciami, i choć od ceremonii minęły ponad trzy miesiące, to dopiero kilka dni temu mój dyplom został uznany w Polsce, co jest jedną wielką paranoją i absurdem i zasługuje na osobny wpis pt. ‚Dlaczego (nie) warto studiować za granicą’, ale to w swoim czasie.

Czytaj dalej »

La bella Italia (2) – Lago di Garda

Żal było tak szybko opuszczać nasze pierwsze noclegowe miejsce, bo widoki za oknem zachęcały do eksploracji okolicy, ale nie było wyjścia. Ruszyliśmy w drogę do Fratta Terme. Przed nami było trzysta kilometrów włoskich Fiatem Panda i po doświadczeniach poprzedniego dnia wiedzieliśmy, że Weronę, która była nam bardzo po drodze, trzeba będzie odłożyć ‚na kiedyś’. Żeby jednak nie zwariować do reszty w samochodzie, postanowiliśmy zatrzymać się na popas nad jeziorem Garda. Wypatrzyłam na mapie wysuniętą w głąb jeziora miejscowość Sirmione i to właśnie tam się zatrzymaliśmy. Muszę przyznać, że kilka razy zwątpiłam w sensowność tego postoju, bo Sirmione to taka Ustka, Łeba i Hel w sezonie, ale ostatecznie – było warto. Choćby po to, żeby na własne oczy zobaczyć taki kolor wody.

analog5-0001

Czytaj dalej »

La bella Italia (1)

Potrzebowałam dwóch miesięcy od powrotu, żeby zebrać się do napisania kilku słów o wypadzie do Włoch. No dobrze, były pstryki komórkowe, ale tak naprawdę czekałam, aż zbiorę zdjęcia z wszystkich aparatów – prawie się udało.

Wyjazd był dla mnie dość nietypowy. Pierwszy raz od… od dawna (od piętnastu lat dokładnie) pojechałam na wakacje z rodzicami. Wakacji by nie było, gdyby nie powód główny, wokół którego zbudowany został cały wyjazd, ale o tym więcej innym razem.

Czytaj dalej »

Postcards from Italy

Dzisiaj – migawki włoskie. Pstryki z mojego 3-megapikselowego telefonu, momenty spontanicznie uchwycone. Będzie i wpis właściwy, a nawet więcej niż wpis… Będą poetyckie analogi, będą opisy, przemyślenia, refleksje, zastanowienia. Będzie też o tym, co ja właściwie w tej Italii porabiałam, co mnie tam sprowadziło i jak się skończyło, będą też konkrety finansowe i organizacyjne. Stay tuned, jak to się mawia.

A! Obowiązkowy podkład muzyczny tu.

Czytaj dalej »

Włochy – to nie jest kraj do mieszkania

Miała być Bruksela w lipcu, Macedonia w sierpniu, Rosja od września. Kontuzja i operacja nogi przekreśliły dwie trzecie tych planów, Rosja stoi pod znakiem zapytania. Stąd być może nieco „cierpki” wpis o mieszkaniu we Włoszech, czego dane było mi doświadczyć od września 2012 do czerwca 2013. Dziewięć miesięcy to wystarczający okres, żeby sobie wyrobić o jakimś miejscu zdanie, nie będące tylko powierzchowną refleksją.

Włochy. Słoneczna Italia, kraina winem i… winem płynąca, makaronem się ciągnąca, pizzą pachnąca, espresso budząca. Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Wieczna idylla, gdzie pięknie ubrani ludzie przesiadują w kawiarniach nad porannym espresso lub przy wieczornym aperitivo, sącząc spritz. Ewentualnie południe kraju, gdzie na przesiąkniętych słońcem tarasach rodziny zasiadają do wspólnych, niekończących się posiłków, raczą się domowej produkcji pastą z suszonymi pomidorami, jakich nigdzie indziej nie uświadczysz. Biesiadowanie do nocy, pełna sielanka, wszyscy zawsze uśmiechnięci od ucha do ucha, no bo jak tu się nie uśmiechać w takich warunkach?

To wszystko prawda. Tak we Włoszech jest. Albo raczej – może być. Bywa. Ale to tylko wycinek rzeczywistości. A z tymi uśmiechami od ucha do ucha… to osobna kwestia. To znaczy, szczerość tych uśmiechów – z moich obserwacji i doświadczenia, różnie z tym bywa.

Mając w perspektywie przeprowadzkę do Rosji, drogie testy, które muszę zdać w wakacje, świadomość cen biletów lotniczych, które musze zabukować – nie podróżowałam po Włoszech zbyt wiele. Często taniej jest polecieć na kilka dni z Polski, korzystając z ofert tanich linii lotniczych, niż jeździć włoskimi pociągami z miasta do miasta. Kwestię punktualności Trenitalia i regularnych strajków, pozostawię bez komentarza. Na kilku blogach pojawiły się ostatnio wpisy o oszczędzaniu i odkładaniu pieniędzy na podróże. To wszystko prawda – ale własnie dlatego zrezygnowałam z podróżowania po Italii, wiedząc, że stosunkowo łątwo się tu wybrać korzystając z pojawiających się ofert. Mój cel numer jeden (i dwa;)) jest obecnie inny. Sztuka wyboru, nie można mieć wszystkiego – przynajmniej nie teraz. Za kilka lat sobie odbiję :)

Jesienią wybrałam się na kilkudniowy „trip” (1, 2, 3, 4, 5, 6). Plan pierwotny zakładał odwiedzenie Toskanii, jednak po bolesnym zderzeniu z włoską couchsurfingową rzeczywistością, na dwie godziny przed wyjściem z domu padło na Bolonię, Padwę i Wenecję. Ten wypad służył przede wszystkim sprawdzeniu, jak czuję się podróżując sama. Eksperyment udany, więcej można przeczytać i obejrzeć we wpisach z października i listopada. W grudniu, korzystając z promocji i kosztem miesiąca jeszcze większego niż zwykle zaciskania pasa, pojechałam na cztery dni do Rzymu, odwiedzić Jankę, z którą studiowałam w Krakowie (1, 2). Pod koniec stycznia wracałam do Włoch z Polski i z racji tego, że lot podróż na trasie Gdańsk-Mediolan (samolot) i Mediolan-Bolonia (pociąg) była kilkukrotnie tańsza niż Gdańsk-Warszawa (Polski Bus) i Warszawa-Bolonia (samolot), zdecydowałam się na pierwszą opcję a przy okazji postanowiłam zobaczyć słynną stolicę mody. Moje wrażenia? Cóż… dość powiedzieć, że ja, zapalony fotograf-amator, zmusiłam się do zrobienia dosłownie kilku zdjęć, po czym zrezygnowana schowałam aparat. Po czym zmusiłam się do kilku pstryknięć komórką i jeszcze bardziej zrezygnowana, wyłączyłam też telefon. Co zapamiętałam z Mediolanu? Czarnoskórych naganiaczy-naciągaczy, wciskających turystom jakieś kolorowe bransoletki (?) i wołających za mną napastliwie „bellaaaaa, miss Italiaaaaa, che bellaaaa!”. Uhm. Do tego co krok wpadałam na przechadzające się trójkami dziewczyny-żyrafy, które w przerwie od robienia kariery w modellingu, pstrykały sobie słit focie na tle tych kilku mediolańskich „must see”. Poza tym bez niespodzianek – mnóstwo bogatych, pięknie ubranych ludzi, może się mylę, ale większość sprawiała wrażenie nadętych (nie oceniamy po pozorach, nie oceniamy po pozorach, nie…). Jakby tego wszystkiego było mało – w Mediolanie jest piekielnie drogo. Mieszkałam trzy lata w Londynie i wiem, co to znaczy drogie miasto. Mediolan nie ustępuje stolicy Anglii, a z powodu swojej „ekskluzywności” to wrażenie jest jeszcze spotęgowane. Jestem przekonana, że gdyby dane mi było w Mediolanie pomieszkać i lepiej to miasto poznać, zmieniłabym zdanie. Tak jest prawie zawsze – z miejscami, ludźmi, często też ze smakami, muzyką, czymkolwiek nowym. Fakty jednak jakie są, takie są ;).

I teraz refleksja ogólna o Italii. To nie jest kraj do mieszkania, o ile nie mamy tylu zer na koncie, że nie są problemem idiotyczne opłaty na każdym kroku, absurdalne podatki pojawiające się w najmniej spodziewanych sytuacjach, wysokie koszty utrzymania na co dzień. To kraj do odwiedzenia, ba, wielokrotnego odwiedzania. Jest pięknie, słonecznie, pysznie. Ktoś powie, że te słowa pasowałyby do większości miejsc na świecie – nie zgodzę się. W Londynie, w którym mieszkałam trzy lata, nie miałam takiego poczucia. Pewnie, były inne problemy, ale jakoś łatwiej można sobie było z nimi poradzić. Pomocni urzędnicy, brak problemów językowych, otwartość na inne kultury. Włochy kuszą widokami, kuchnią, pozorną życzliwością. Pozorną w moim (i nie tylko) odczuciu. Poza tym… włoskie „olewactwo”. Nie, nie mówię o zrelaksowanym podejściu, o codzienniej sjeście, o spokojnym podejściu do życia. Olewactwo to olewactwo, jeśli przyjeżdża kurier, by odebrać paczkę na dwa dni przed moją ostateczną wyprowadzką z tego kraju, to oczekuję profesjonalnego podejścia. Kurier nie dość, że ni w ząb nie potrafił powiedzieć słowa po angielsku, to nie potrafił również wysłuchać mojego dukania po włosku. A został wysłany do polskich klientów, bo… ma dziewczynę Estonkę i ‚coś’ potrafi powiedzieć po rosyjsku. Tak, ‚coś’ to właściwe określenie. A generalizując – stereotyp włoskiego szowinisty, niesamodzielnego maminsynka, kobieciarza – bardzo często się potwierdza. Nie zawsze – no bo jaki stereotyp potwierdzi się w stu procentach. Moje negatywne doświadczenia to także mściwa landlordka, wspomniane już wcześniej fatalnie funkcjonujące włoskie koleje, problemy administracyjne. Mimo wszystko, nie przysłoniło mi to pozytywnych stron włoskiego doświadczenia i moje pierwsze skojarzenie z Italią to, jakże stereotypowo, makaron. Pyszny, najpyszniejszy makaron. :-)

***

Zazwyczaj piszę o tym, co dobre. Nie mam potrzbey bezsensownego narzekania. Ten wpis jednak „rodził się” we mnie od kilku miesięcy i pomyślałam, że może komuś przyda się bardziej zbalansowane spojrzenie na Włochy. Tę krainę winem i winem płynącą. Piszę te słowa nad filiżanką włoskiego espresso. I choćby tyko po to, żeby się takiego espresso napić, warto się jednak do Włoch wybrać.